Gdyby Święty Augustyn – przedstawiany jako zamartwiający się brodacz o ściśniętym czole i oczach uciekających ku niebu – usiadł przed telewizorem w pewne wczesnojesienne popołudnie, skierował wzrok tym razem przed siebie i włączył publiczny kanał trzeci polskiej TV, przeżyłby niebo na ziemi. Zobaczyłby oto w czasie dwugodzinnej transmisji swoją obsesję – państwo Boże na ziemi, istniejące, zrealizowane,...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.