Gospodu pomolimsja! - intonuje batiuszka i w mroku, rozrzedzonym tylko płomieniem świec, jego haftowana riasa połyskuje jak zbroja rycerska. - Prosimy Cię, Panie, o dostatek płodów ziemskich, o wybawienie z chorób, o spokojny koniec życia...

- Gospodi pomiłuj, Gospodi pomiłuj, Gospodi pomiłuj! - odpowiadają wierni, a każdą triadę wieńczy zamaszysty znak krzyża i pokłon - jeden, drugi, pięćdziesiąty... Nikt się nie oszczędza: nogi wyprostowane, głowa szerokim zamachem sięga prawie kolan. Mija druga godzina nabożeństwa w cerkwi Spaso-Prieobrażenskiej na Wałaamie.

Niemłoda kobieta obok mnie bije pokłony do ziemi. Pada na kolana, uderza czołem o posadzkę, pośpiesznie wstaje. Powtarza to wielokrotnie, jakby fizyczne umęczenie ciała było ofiarą, darowaną Najwyższemu ku chwale Jego.

- Alleluja! - ogłasza wreszcie kapłan i niewidzialne dłonie zapalają elektryczne żyrandole.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej