- Powiem pani wprost: nie da się wytłumaczyć, szczególnie w Rosji, jaki był sens, by jeden za drugim jeździł w to samo miejsce.

Andrzej Przewoźnik mówił: aby tylko przeżyć ten Katyń.

- Był w Katyniu 7 kwietnia w środę. Za trzy dni miał tu przylecieć znowu. Był bardzo zmęczony, rozmawiałem z nim.

Pokażę pani swój kalendarz.

Datę 10 kwietnia zakreślił pan flamastrem na czerwono.

- Zrobiłem to potem.

Rano dostałem e-mail od Mariusza Kazany, szefa protokołu dyplomatycznego w MSZ. Z jednym słowem: startujemy.

Byłem w bardzo dobrym nastroju. I powiem nieskromnie - dumny. Spotkaniem Tuska z Putinem w Katyniu zrobiliśmy kolejny krok we właściwym kierunku i wreszcie mogłem odejść.

Chciał pan?

- W Moskwie przeżyłem nowotwór, wylew i poważną operację, jak na jedną placówkę - starczy. Postanowiłem przejść na emeryturę. Proszono jednak, bym został. Po wizycie Putina 1 września na Westerplatte wiadomo było, że dojdzie do następnego spotkania. Zależało nam, żeby odbyła się w Katyniu. Trzeba było nad tym popracować. Powiedziałem: dobrze. Największym sukcesem wyjeżdżającego ambasadora jest sytuacja, kiedy stosunki między krajami są lepsze, niż były, gdy przyjeżdżał. Z radością mogłem powiedzieć, że tak się stało.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej