Przed wojną nazywałem się Teofil Dolata, a teraz Teofil Rubasiński, major rezerwy. Opowiem może, jak to się stało, jak uciekałem.

Ta kobieta była miejscowa, ale powiedziała po polsku: "Czy pan wie, że tu, za płotem, leżą polscy oficerowie, trzy i pół tysiąca oficerów? I że pomordowali ich wiosną 1940 roku?".

Nie uwierzyłem, zacząłem z niej drwić, a Peter, Niemiec, z którym pracowałem, jak mu przetłumaczyłem, co ona chce, powiedział tylko: "Bzdury! Wasi oficerowie są w naszych oflagach. Jak wygramy wojnę, wrócą do domu".

Dolata z Bauzugu okrywa Katyń

Ta kobieta się zdenerwowała i sobie poszła. Ale drugiego dnia przyniosła w fartuchu czapkę oficerską. Mówiła, że wyrzucił ją z transportu polski oficer. Przesadzali go do "wrony", samochodu do przewozu więźniów, a on rzucił czapkę i krzyknął: "Jeszcze Polska nie zginęła". Ta kobieta pochodziła z Brześcia, wyszła za mąż za rosyjskiego listonosza. W środku czapki było wypisane nazwisko Kaczmarek, przydział wojskowy i miejscowość: Włodzimierz na Wołyniu.

Z tym Niemcem Peterem pracowaliśmy w wagonie - kuźni. Kuliśmy na ogniu kilofy na front.

Jak się tam dostałem, opowiem za chwilę.

W niedzielę mieliśmy wolne, więc z kolegą Janem Wachowiakiem wzięliśmy kilof i łopatę i poszliśmy szukać zwłok. Weszliśmy na ogrodzony teren NKWD, szliśmy po torach, które prowadziły w środek lasu. Znaleźliśmy wysoki nasyp. Zabraliśmy się do kopania. Zwłoki były, ale w niebieskich mundurach. Prawdopodobnie Rumuni. Zasypaliśmy ich grzecznie. Mieliśmy stracha, wokół las. Wracamy, a tu idzie staruszek z brodą. Nazywał się Kisielew. Daliśmy mu papierosa i drugiego na zapas, zaprowadził nas jakieś osiemset metrów dalej. Nasyp wysoki na 30-40 centymetrów, obsadzony małymi świerkami. Myślę, że Kisielew sam te świerki sadził. Płytko leżeli. Twarzami do dołu, jeden miał pół głowy, z tyłu czaszka roztrzaskana, bez mózgu. Ciała jeszcze były, koloru zgniłej pomarańczy. Mundury z wierzchu jeszcze dobre, a od spodu zgnite. Wszystko aż parowało. Odkopaliśmy majora i kapitana. Poznaliśmy po pagonach.
Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej