Przed wojną nazywałem się Teofil Dolata, a teraz Teofil Rubasiński, major rezerwy. Opowiem może, jak to się stało, jak uciekałem.

Ta kobieta była miejscowa, ale powiedziała po polsku: "Czy pan wie, że tu, za płotem, leżą polscy oficerowie, trzy i pół tysiąca oficerów? I że pomordowali ich wiosną 1940 roku?".

Nie uwierzyłem, zacząłem z niej drwić, a Peter, Niemiec, z którym pracowałem, jak mu przetłumaczyłem, co ona chce, powiedział tylko: "Bzdury! Wasi oficerowie są w naszych oflagach. Jak wygramy wojnę, wrócą do domu".

Dolata z Bauzugu okrywa Katyń

Ta kobieta się zdenerwowała i sobie poszła. Ale drugiego dnia przyniosła w fartuchu czapkę oficerską. Mówiła, że wyrzucił ją z transportu polski oficer. Przesadzali go do "wrony", samochodu do przewozu więźniów, a on rzucił czapkę i krzyknął: "Jeszcze Polska nie zginęła". Ta kobieta pochodziła z Brześcia, wyszła za mąż za rosyjskiego listonosza. W środku czapki było wypisane nazwisko Kaczmarek, przydział wojskowy i miejscowość: Włodzimierz na Wołyniu.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej