- Dlaczego tu tak cuchnie? - pyta swojego ojca Antoniego sześcioletni Tomasz Bata. Tak po raz pierwszy ujawnia chęć uporządkowania rzeczywistości. Nie wiemy, co ojciec mu odpowiada. Prawdopodobnie w ogóle jest małomówny.

Szewc Antoni Bata jest drugi raz żonaty. Dwa razy wziął za żonę wdowę z dziećmi. Z każdą miał też dzieci własne. W sumie w małym warsztacie szewskim w Zlinie wychowuje się dwanaścioro dzieci z czterech małżeństw. Oprócz tego Antoni pracuje z siedmioma ludźmi. Druga żona nie lubi przeciągów.

Dwanaście lat później: Żądania

Troje dzieci z pierwszego małżeństwa: Anna, Antoni i 18-letni Tomasz, staje przed 50-letnim ojcem. Żądają spadku po matce. Proponują też, aby dał im od razu to, co mieliby odziedziczyć po jego śmierci. Nie mają czasu czekać tyle lat, a poza tym w domu jest za duszno.

Dostają 800 złotych w srebrnych monetach, zatrudniają czterech pracowników.

Rok później, w 1895: Zasada

Mają 8000 złotych długu. Nie stać ich na nowe skóry, nie mają czym zapłacić za stare. Antoni dostaje powołanie do wojska, a Anna idzie do pracy w Wiedniu jako służąca.

Tomasz patrzy na resztki skór i z rozpaczy wpada na najważniejszą zasadę swego życia: z wady zawsze zrobić zaletę.

Skoro nie stać ich na skóry, trzeba szyć buty z tego, co jest: z płótna. Płótno niewiele kosztuje, a z resztek skóry można zrobić podeszwy. Tak więc w 1895 roku Bata wymyśla jeden z hitów nadchodzącego wieku: płócienne buty na skórzanej podeszwie. Z Wiednia przywozi kilka tysięcy zamówień zebranych w jeden dzień. Buty nazywane są przez ludzi "batiowkami".

Dzięki nim buduje pierwszą swoją fabryczkę: na 200 metrach kwadratowych pracuje 50 mężczyzn.

Rok 1904: Pytania

Pracownicy zauważają, że nigdy nie może się uspokoić. Jest ciągle tak pobudzony, że ludzie czują się zmęczeni w jego towarzystwie.

W jakiejś gazecie czyta o maszynach z Ameryki. Wyrusza do Stanów i w Lynn (Massachusetts), mieście butów, najmuje się jako robotnik w dużej fabryce. Zabiera ze sobą trzech współpracowników i każdy zatrudnia się gdzie indziej. Nakazuje, aby pilnie obserwowali każdą fazę produkcji. Co sobota czterech zlińskich szewców spotyka się w saloonie, gdzie wymieniają obserwacje.

Dziwią się, że w Ameryce nawet małe dzieci usiłują już zarobić na swoje utrzymanie. Największe wrażenie robi na Bacie sześcioletni chłopiec, który chodzi po domach i za opłatą łapie muchy.

Robotnicy strajkują, nawet umierają, ale na ulicach miast pomysłowi ludzie pieką placki na gorących węglach i sprzedają za centa. Tomasz zauważa ciekawą cechę Amerykanów - ludzie ci masowo adaptują wszelkie nowości, które ludzkość potrafiła wymyślić.

Ma ze sobą w Stanach 688 pytań, na które szuka odpowiedzi. Podczas pobytu przybywa mu jeszcze 70 pytań. Dochodzi do wniosku, że wyższy niż w Europie standard życia przeciętnego Amerykanina bierze się z wolności od jakiejkolwiek rutyny.

("Jest jasne, że Tomasz Bata był w USA szpiegiem przemysłowym" - napiszą 60 lat później czechosłowaccy historycy).

Rok 1905: Tempo

Tomasz coraz lepiej zna angielski i słyszy co nieco o Henrym Fordzie. Ten pracodawca - jak pisał o nim E.L. Doctorow - jest od dawna przekonany, że większość ludzi jest zbyt głupia na to, aby móc zarobić na dobre życie. Wpadł więc na pewien pomysł. Podzielił montaż samochodu na osobne, proste operacje, które potrafiłby wykonać nawet dureń. Zamiast uczyć jednego robotnika wykonywania setek czynności, postanowił ustawić go w jednym miejscu i dać mu do zrobienia jedną i tę samą czynność przez cały dzień, a części posyłać na ruchomej taśmie. W ten sposób umysł robotnika zostanie odciążony. (Fordowi jeszcze kilka lat zabierze wprowadzenie tego pomysłu w życie).

W Stanach Tomasz Bata po raz pierwszy spotyka się z określeniem "zegarek na rękę". Funkcjonuje ono już od czterech lat. Z początkiem XX wieku Amerykanie zaczęli liczyć czas w minutach i czas stał się podstawową miarą produkcji. "Wydajność" i "amerykańskie tempo" - nowe fetysze - oznaczały podział pracy na równe jednostki czasu. Dzień pracy przestał zależeć od wschodów i zachodów słońca.

5 września 1905: Sekundy

W nocy umiera ojciec.

Tomasz niedługo wraca do Zlina - wciąż zapyziałego miasteczka, o którym mówi się w Czechach, że "tam kończy się chleb, a zaczyna kamień" - i na ścianie swojej fabryczki maluje wielki napis: DZIEŃ MA 86 400 SEKUND. Ludzie czytają ten napis i powtarzają, że syn starego Baty dostał pomieszania zmysłów.

1905-1911: Tortura

Kupuje niemieckie i amerykańskie maszyny. Fabryka ma już 600 pracowników. Buduje dla nich pierwsze domy mieszkalne.

Kiedy w 1908 roku Ford wypuszcza swój seryjny "samochód dla każdego", Tomasza ogarnia podniecenie: - Ford już używa swojej taśmy!
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej