Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Dariusz Zaborek: Gra pan w szachy?

Michał Głowiński: Nie.

Ale grał pan?

- Do dzisiaj pamiętam zasady.

Kiedy się pan nauczył?

- Jako dziecko, w getcie. Gdy zaczęły się wywózki do Treblinki, ukrywano mnie, jedynym zajęciem była gra w szachy.

Od dawna pan nie gra?

- Nigdy nie gram.

Od tamtej pory?

- Od tamtej pory. Miałem osiem lat i trzy miesiące. Był styczeń 1943 roku, z rodzicami udało nam się wydostać z getta. Irena Sendlerowa znalazła nam kryjówkę w pokoju na ostatnim piętrze zniszczonego domu przy Srebrnej. Zamieszkałem w nim z matką i ciotką Teodorą. Z getta udało mi się zabrać szachy i godzinami grałem sam ze sobą. Raz ktoś zaczął tłuc do drzwi. Facet już w progu mówił, że jesteśmy Żydami i odda nas w ręce Niemców. Matka z ciotką tłumaczyły, że się pomylił, że dokumenty mamy w porządku. Nie chciał słuchać, chciał pieniędzy. Poza nędznymi groszami nie mieliśmy nic. Ojciec ukrywał się w innej części miasta i miał resztki biżuterii na czarną godzinę.

Co zrobiliście?

- Szmalcownik zgodził się, że ciotka pójdzie na miasto załatwić okup, a ja z matką zostaniemy jako zakładnicy. Nie wiem, ile godzin to trwało. Siedzieliśmy w grobowej ciszy, on na taborecie, w szarym palcie, z krótkim wąsem. Powtarzał, że marnuje czas. A ja, w strachu, bezmyślnie rozłożyłem szachownicę, ale figury przesuwałem bez ładu i składu. Nagle ten szantażysta powiedział, że ze mną zagra. Nie pamiętam, który z nas wygrywał. Nie skończyliśmy, bo wróciła ciotka. Krzyczał, że przyniosła za mało, ale zabrał łup i wyszedł.

Wie pan, wciąż mam przed oczyma tego faceta, który zarabiał w sposób najstraszniejszy - jako okupacyjna hiena.

Nie udało się zapomnieć?

- Nie.

Ale psychika musi się jakoś bronić?

- Wiem, dlatego masę szczegółów z dzieciństwa zapomniałem.

"Nie znalazłem wspólnego języka z kolegami, którzy mnie nie lubili, z nikim się nie zaprzyjaźniłem, byłem samotny, co tym bardziej było uciążliwe, że bez przerwy znajdowałem się w gromadzie" - pisał pan.

- Tylko w siostrach widziałem opiekunki, miałem pewność, że będą mnie bronić przed innymi. Bo dzięki Irenie Sendlerowej zimą 1944 roku trafiłem do sierocińca sióstr służebniczek Najświętszej Marii Panny w Turkowicach koło Hrubieszowa. Głównie były tam dzieci z Warszawy - dzieci ulicy, marginesu społecznego. Raz okrążyli mnie trzej bracia, to się działo w niedzielę, i powiedzieli: "Jutro wydamy cię Niemcom". Więc miałem się czego bać. Do dzisiaj pamiętam ich nazwisko - Zielińscy.

Opowiedziałem o tym siostrze Róży. Zapewniała, że nic takiego się nie stanie.

Oni też nic nie zrobili, bo już Niemcy przestali się pojawiać, szedł front.

Zidentyfikowali pana jako Żyda?

- Tak. Siostra przełożona podjęła decyzję niezgodną z prawem kanonicznym, ale życiodajną. Uznała, że nie należy roztrząsać, czy dzieci są chrzczone, czy nie są, wszystkie trzeba dopuścić do obrzędów religijnych. I ja spowiadałem się i przystępowałem do komunii. Jednak nie dopuszczono, żebym był ministrantem, a o służeniu do mszy każdy pobożny chłopak marzył. Poza mszami resztę czasu spędzałem na niczym. Straciłem zdolność do czytania, popadłem w zobojętnienie i bezmyślnie siedziałem na drewnianej ławie. I wegetowałem.

Ale inne dzieci biegały razem?

- Trudno powiedzieć, że biegały. Przede wszystkim były głodne. Suchy chleb był przedmiotem pragnień. Wypiekano go na miejscu i zawsze było za mało. Chłopcy go sobie kradli i handlowali swoimi głodowymi porcjami. Inne dzieci może były aktywniejsze ode mnie, ja chciałem być niewidoczny. Bałem się, że zabłądzę, że mnie pobiją, a nawet zabiją. Strach jest znakomitym nauczycielem - oducza dziecięcych fantazji.

Jest pan wierzący?

- Nie.

I jak się panu żyje bez Boga?

- Bardzo dobrze. Gdybym był wierzący, to byłbym osobistym nieprzyjacielem Pana Boga.

Dlaczego?

- Bo ten świat źle urządził.

Zawsze pan to wiedział?

- Nie, przez pewien czas u sióstr w Turkowicach byłem bardzo pobożny. A potem już nie, nie mam potrzeb religijnych.

Ta dziecięca religijność była autentyczna?

- Całkowicie. Moja rodzina w pokoleniu moich rodziców - to charakterystyczne dla asymilujących się Żydów - była zlaicyzowana. I moi rodzice nie wprowadzali mnie w arkana religii, nie słyszałem, że istnieje Pan Bóg. Moi dziadkowie jeszcze praktykowali judaizm i przestrzegali pewnych zasad.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej