U nas we wsi kobiety uważają się za święte - Daniel pociąga łyk piwa, puszkę stawia na ziemi. - Latają do kościoła po dwa razy dziennie, różaniec klepią, pokazują księdzu swoje domy z krzyżami i ze świętymi obrazkami. A ledwie ksiądz się odwróci, to z nich diabeł wyłazi. Wrzeszczą na cały regulator: Wy chujozy! Pojeby! A my tylko piwo sobie pijemy. Nikogo przecież nie krzywdzimy. Czy to grzech pić piwo?



Pytanie Daniela snuje się przez wieś niczym kurz po przejeżdżającym z impetem polonezie.

Wysoki, szczupły, 21 lat. Bez pretensji do życia, choć z marzeniem, by być stolarzem na etacie, a nie stolarzem na czarno. Plany sięgają najdalej kolejnego weekendu: gdzie jaka dyskoteka, a gdzie zwykła wiejska zabawa, centrum rozrywki i załatwiania porachunków.

Nieśmiałość i świeża rana na głowie po ostatniej zabawie to znaki szczególne Daniela. - Potupanki są fajne, bo jak się bijesz, to nikt nie rozdzieli i możesz sprawy załatwić do końca. Z ostatniej właśnie potupanki Daniel wyniósł zwichniętą rękę, rozwaloną nogę i głowę.

Wieś swoją Daniel traktuje jak własny dom, a nawet przyjaźniej. - Przynajmniej narąbany ojciec nie włazi mi tu w paradę - rozbawione oczy Daniela na chwilę gasną, gdy przywołuje ojca. Ledwie jednak ojciec znika razem z wypowiedzianym zdaniem, Daniel się rozchmurza, bo wieś, autobusowa wiata, a w niej piwo z kolegami - idzie tam, jakby wchodził do swego ulubionego pokoju. Nawet kapci na te kilkaset metrów nie zdejmuje.



Siedzi więc dzisiaj w wiacie z ciętą raną na głowie i w kapciach na nogach. I kolejny raz rzuca nurtujące go pytanie: - Czy to grzech pić piwo?

Starsi z lolitkami

Lato 2009, Wola Cygowska, 30 km od Warszawy. Centrum. Na skrzyżowaniu krzyż, sklep, wiata przystanku autobusowego. Kury dziobią papierosowe pety, dzieciaki zbierają puszki, a trawę skubią krowy i konie. Tuż obok, za ogrodzeniem, potężny kamień, a na nim tablica ku czci Prota Lelewela, dawnego właściciela Woli i - jak uzupełnia napis na tablicy - wzorowego gospodarza, oraz jego brata, słynnego polityka i historyka Joachima Lelewela, niegdysiejszego mieszkańca tej wsi.

Wiata i sklep koncentrują życie towarzyskie Woli. Starsi mężczyźni na kreskę w zeszycie sklepowej kupują tanie wina, zwane tu "mózgojebami" albo "lolitkami", młodsi piwo niosą do wiaty, dzieciarnia na razie do sklepu przychodzi po słodycze.

Wiata, czyli letni pokój Daniela, ożywa wieczorami, ale prawdziwe życie pulsuje tu w weekendy. Od wczesnej soboty po późną niedzielę królują piwo, głośne dyskusje, mocne słowa. Niekiedy w wiacie siedzi ich piętnastu, czasem ośmiu. Dziś: Daniel, jego brat "Snopek", porysowany tatuażem Sławek, Banan, Paweł i Monika, jego dziewczyna. Wokół puszki po piwie, butelki, puste opakowania po papierosach, podniesione głosy. Głosy rozdziera męskie: - A chuj! Kurwa! Ja już czternaste piję! A pierdolę, idę po zgrzewkę!
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej