Gdyby Wojciech Mann urodził się jako poddany królowej Elżbiety, byłby dziś pewnie siódmym Pythonem, który bez dopalaczy, za to ze swobodą absurdalnych skojarzeń, rozbraja fundamenty Królestwa. Albo jakimś Johnem Peelem wypatrującym na horyzoncie muzyki popularnej nowych zjawisk i gwiazd. Albo obydwoma naraz. Ale że Wojciech Mann urodził się w Polsce Ludowej, jego kariera przebiegała jeszcze ciekawiej, o czym świadczą wydane właśnie jego memuary.

Mogłyby równie dobrze nosić tytuł "Moje życie w muzyce", bo o muzyce jest to rzecz, a nie o żonach, kochankach i innych używkach. Nie należy jednak narzekać - rock and rolla w Mannowych opowieściach jest dość, by zrekompensować deficyt seksu i narkotyków.

Chociaż... Opowieść o tym, jak pewien muzyk o homoseksualnych skłonnościach chciał łowić warszawskich efebów za pomocą najświeższych płyt, ale elokwentny Wojciech Mann wyrwał co cenniejsze argumenty muzykowi z ręki, powinna przejść do klasyki anegdociarstwa. Podobnie jak opowieści o złotych czasach, kiedy to rockowe gwiazdy na gościnnych występach w Warszawie lądowały na spływających wódką prywatkach organizowanych przez lokalnych fanów.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej