Dla Chińczyków wyleczenie raka, nawet takiego z przerzutami, jest proste, bo mają metody najlepsze na świecie - Izabela może jeszcze chodzić, dlatego spacerujemy wolno po osiedlu czteropiętrowych bloków w Wąbrzeźnie, niedaleko Torunia.

Pozdrawia nas już trzecia osoba z rzędu.

- Powodzenia, pani Izabelo, wierzę, że pani da radę!

- Szczęśliwej podróży!

- Jesteśmy z panią...

Dochodzimy do zbudowanej w westernowym stylu pizzerii Bonanza - tu pracuje mąż, który pod koniec lutego rozwiesił w imieniu żony żółte plakaty: "Nazywam się Izabela Kalinowska. Jestem przedszkolanką. Mam 39 lat, bardzo potrzebuję waszej pomocy. W czerwcu 2008 roku wykryto u mnie raka piersi z przerzutami. Nowotwór jest bardzo złośliwy, rozsiał się po całym organizmie. Nie tracę jednak nadziei, gdyż zostałam zakwalifikowana na specjalistyczne leczenie do Chin, które może podarować mi kolejne, szczęśliwe lata życia, z moimi synami, mężem, najbliższymi. Proszę was o wsparcie finansowe, gdyż suma 150 tys. złotych przerasta możliwości moje i mojej rodziny".

Na plakacie rodzina w letnich strojach: on bardzo przystojny, ona śliczna, opalona, ciepło uśmiechnięta, obok rodziców dwaj jasnowłosi chłopcy. W tle - zalana słońcem łąka.

Plakaty, apel i zbiórkę zauważył najpierw lokalny tygodnik "CWA" (to numery rejestracyjne powiatu wąbrzeskiego), potem do 14-tysięcznego miasteczka przyjechali dziennikarze telewizyjni z Bydgoszczy. W kilka dni wśród mieszkańców udało się zebrać przeszło 40 tys. zł.

Duńczyk Frank: Znamy, pomagamy i dbamy

Kończą się osiedlowe bloki, stajemy nad brzegiem jeziorka.

- Chińczycy najpierw lokalizują guz tomografem - mówi. - Później wbijają dwie igły do tętnicy, docierają nimi bezpośrednio do guza i zalewają go chemią podgrzaną do 35 stopni. Chemia nie rozlewa się po całym organizmie tak jak w Polsce... Mają też inną metodę: mrożą raka. Albo robią jeszcze inaczej - podają specjalny gen. To najnowsza, wciąż niestosowana na świecie terapia.

- Skąd pani wie, że skuteczna?

- Przeczytałam na stronie.

Strona - www.opgivet.dk - utrzymana jest w zielonym kolorze nadziei. Właściciel - obywatel Danii - przedstawia się na niej jako "Frank". Od kilku lat pośredniczy między kliniką w 12-milionowym Tianjin a europejskimi pacjentami. Opisuje - po angielsku, duńsku i po polsku - jak sam trafił do Chin: "Na kanale TV2 został pokazany program o metodach leczenia raka w Chinach. Pokazał Angielkę, której angielska służba zdrowia nie mogła już pomóc. Wyjechała do Chin, uzyskała pomoc w walce z rakiem i jest już na tyle silna, że może sobie sama radzić.

Jednemu z najlepszych przyjaciół moich rodziców, Mogensowi, postawiono diagnozę: rak trzustki. Duńska służba zdrowia mogła mu jedynie zaoferować leczenie chemioterapią.

Jestem mężem Jill, która jest Chinką. To właśnie ona znalazła w internecie informacje dotyczące firmy farmaceutycznej, która wyprodukowała lek genowy (Gendicine p53). Jill skontaktowała się z nimi. Zostaliśmy skierowani do profesora Guo w Tianjin University Cancer Hospital.
Pozostało 90% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.