Jako wielbiciel Stanisława Lema postanowiłem dotrzeć do twórców filmu, by zapytać ich, czy zbieżność nazwisk jest przypadkowa. Nie było to takie trudne, bo film powstał w Europie, na przedmieściach Madrytu. Nie jest to zresztą żadne romantyczne miasteczko filmowe w rodzaju włoskiego Cinecitta czy londyńskiego Pinewood. To typowy "office park", jakich sporo wyrosło także w Polsce - gdzie swoje siedziby mają firmy technologiczne, ubezpieczeniowe, medialne i Bóg wie, jakie jeszcze.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej