Jako wielbiciel Stanisława Lema postanowiłem dotrzeć do twórców filmu, by zapytać ich, czy zbieżność nazwisk jest przypadkowa. Nie było to takie trudne, bo film powstał w Europie, na przedmieściach Madrytu. Nie jest to zresztą żadne romantyczne miasteczko filmowe w rodzaju włoskiego Cinecitta czy londyńskiego Pinewood. To typowy "office park", jakich sporo wyrosło także w Polsce - gdzie swoje siedziby mają firmy technologiczne, ubezpieczeniowe, medialne i Bóg wie, jakie jeszcze.

"Planeta 51" to próba rozszerzenia działalności twórców popularnej także w Polsce serii gier komputerowych "Commandos". Budżety gier i filmów coraz bardziej się do siebie zbliżają, techniki animacji - także. Jest to więc próba inwazji na świat filmu ludzi z branży gier.

Porządna animacja wymaga jednak przeważnie odrobiny aktorstwa - bez względu na zastosowaną technikę, ruchy postaci dobrze jest przećwiczyć w rzeczywistości. Podobno animatorzy budzili sensację pracowników instytucji w sąsiednich biurowcach, ćwicząc choreografię scen walki na wielkim parkingu pośrodku "office parku".
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej