W grudniu, po blisko 11 latach spędzonych za kratami, Zbigniew O. ps. "Orzech" ma wyjść na wolność.

Jednak 8 grudnia rano żąda rozmowy z naczelnikiem więzienia w Nowogardzie. Stojąc przed nim, spokojnie mówi: "Za pięć minut spalimy panu ten kryminał". Wybija krzesłem szybę w oknie na dziedziniec. Na ten sygnał inni więźniowie wyłamują drzwi w celach i rzucają się do krat. Klawisze próbują ich zatrzymać pałkami, miotaczami gazów i wodą. Bezskutecznie. Więźniowie podpalają pawilony i rozpoczynają otwartą walkę. W więzieniach północno--zachodniej Polski ginie siedmiu skazanych, w tym czterech z rąk współwięźniów. Po obu stronach jest kilkuset rannych. Jest rok 1989.

Człowieka, który 20 lat temu stał na czele Komitetu Protestacyjnego Skazanych, odnajduję w celi 15 pawilonu "A" ciężkiego więzienia w Czarnem. Kiedyś był tu niemiecki obóz dla sowieckich jeńców. Zbigniew O. ma dziś 54 lata i zamiast czaju parzy cieniutką herbatkę z cytryną i cukrem.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej