Stanęli naprzeciw siebie późnym wieczorem, 9 listopada 1989 roku. Wtedy nie przeszkadzało im, że nawet mówią inaczej: berlińczycy ze Wschodu - berlińskim dialektem pełnym komunistycznej nowomowy, a ci z Zachodu - nie po berlińsku, bo Westberlin to zbieranina z całych Niemiec i połowy świata. Od pięciu lat Niemcy zszywają Berlin Zachodni ze Wschodnim.

- To miasto będzie stolicą Europy, największym organizmem między Paryżem a Moskwą - ocenia Ryszard Kapuściński, który przebywa obecnie na stypendium w Berlinie. - Ale będzie też tworem sztucznym.

Kapuściński sądzi, że berlińczycy nie chcą żyć w metropolii. Woleli dawny Berlin, miejscami cichy i kameralny, gdzie indziej zwariowany, rozpolitykowany, pełen odmieńców i odszczepieńców. Miasto było pełne starych ludzi, którzy nie chcieli wyprowadzać się z wyspy dobrobytu (by zachęcić do mieszkania w Berlinie, władze RFN dotowały lokalny przemysł i obniżały podatki) i gorącogłowej młodzieży (kto osiedlał się w Berlinie Zachodnim, nie musiał służyć w wojsku).
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej