We wstępie do "Czystego, nieczystego" bardzo wysoko ocenia pani tę niewielką książkę i całą twórczość jej autorki, Colette. Czy to nie przesadny zachwyt?

- Może i ją przeceniam, ale nie jestem w tym odosobniona. Colette okazuje się dziś pod wieloma względami bardzo nowoczesna. Traktowała pisanie jako formę niezależności kobiecej. To łączy się z jej biografią, jej związkiem z pierwszym mężem, który traktował ją jako wyrobnicę pióra. Prawdopodobnie czasami dosłownie trzymał ją w zamknięciu i kazał pisać. W ten sposób m.in. powstały "Klaudyny", których autorstwo przypisywał sobie. Colette potem z trudem zdobyła prawo do autorstwa, a później do tantiem z tych powieści, bardzo zresztą sławnych i do dzisiaj popularnych.

W książce opisana jest również grupa młodych gejów, których Colette nazywa "murzynami", bo pracowali, tak samo jak ona, jako anonimowi autorzy w "pracowni literackiej pana Willy'ego".
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej