Sam po raz pierwszy zetknąłem się z Tintinem w zamierzchłych czasach Edwarda Gierka, w edycji anglojęzycznej. Angielskiego nie kumałem w ząb, o Belgii pojęcie miałem żadne, a Tintina już znałem na wyrywki. Większe robił on na mnie wrażenie niż wszystkie peerelowskie historie rysunkowe z kultowego obecnie (a może i wtedy też) pisma "Relax". Tintin więc to belgijskie dobro narodowe, o które Belgowie (niewielki naród żyjący pomiędzy Flamandami a Walonami) dbają jak mogą, hołubią, chwalą się, jak Polacy żubrami i Jasną Górą, z lepszym jednak efektem.

Szkoda, że w Polsce Tintin jakoś się przyjąć nie może, bo to jedna z moich ulubionych postaci popkultury - jest reporterem gazety, ale nie chodzi do pracy, jakoś nie widać, żeby pisał reportaże, za to podróżuje po całym świecie za friko. Przez całe życie aspiruję do osiągnięcia podobnego statusu. Tintin przemierza kontynenty w towarzystwie foksteriera Milusia i zapijaczonego, skretyniałego bosmana Baryłki oraz, od czasu do czasu, nierozgarniętych policjantów bliźniaków Thompsonów.
Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej