Sam po raz pierwszy zetknąłem się z Tintinem w zamierzchłych czasach Edwarda Gierka, w edycji anglojęzycznej. Angielskiego nie kumałem w ząb, o Belgii pojęcie miałem żadne, a Tintina już znałem na wyrywki. Większe robił on na mnie wrażenie niż wszystkie peerelowskie historie rysunkowe z kultowego obecnie (a może i wtedy też) pisma "Relax". Tintin więc to belgijskie dobro narodowe, o które Belgowie (niewielki naród żyjący pomiędzy Flamandami a Walonami) dbają jak mogą, hołubią, chwalą się, jak Polacy żubrami i Jasną Górą, z lepszym jednak efektem.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej