Kiedyś uważałam soczewicę za coś bardzo egzotycznego, co występuje tylko w opisach biblijnych. Pierwszy raz jadłam ją w latach 70. we Francji i zachwyciłam się. W Austrii robią z niej taką naszą grochówkę z boczkiem - dla mnie ohyda. Ale dopiero w Indiach zobaczyłam, jakie cuda można z robić z soczewicy, w tym słynny dahl. Niedawno dowiedziałam się, że w Polsce była kiedyś używana głównie jako roślina pastewna i najstarsze pokolenie pogardza nią, tak jak brukwią, bo musiało się tym żywić w czasie wojny. Po wojnie jeść nie chciało, więc i brukiew, i soczewica zniknęły. Ale soczewica powoli wraca - czekam na powrót brukwi, bo to też bardzo wartościowe i smaczne warzywo, bardzo popularne w Ameryce. Soczewica ma wszystkie zalety grochu i fasoli, o których pisałam w zeszłym tygodniu, w najwyższym stopniu. Jest doskonałym źródłem żelaza, selenu, magnezu, cynku. Niezwykle niska zawartość tłuszczu i wysoka białka i błonnika sprawia, że soczewica pomaga zwalczać zły cholesterol i kontrolować poziom cukru.
Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej