Nie zmęczył się pan polityką, nie powiedział: "Chcę się zająć rodziną, napisać książkę", po prostu szef partii powiedział nagle...

- Won z bilardu.

Pokarało pana.

- Pokarało? W 1991 zostałem pierwszy raz wybrany na posła. I z wyjątkiem lat 1993-97, kiedy cała nasza strona znikła z parlamentu, cały czas byłem posłem. Byłem przewodniczącym delegacji polskiej do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, a ostatnio przewodniczącym komisji petycji Parlamentu Europejskiego, więc chyba nieźle. A że mnie pokarało na końcu... Mam 70 lat, gdyby coś takiego spotkało mnie w wieku 40 lat, zniósłbym to gorzej.

Pokarało pana. Lustrator został zlustrowany. Zarzut współpracy z SB to dla polityka PiS straszny cios.

- Jeżeli mówimy o tych problemach lustracyjnych, to dotyczą tego, co działo się w latach 60.

Wiemy, że uprawiał pan wtedy pieczarki i szparagi. Słyszeliśmy od jednego z pańskich dawnych znajomych i wspólników, że do biznesów pan się nie nadawał: "Marcin to dobry człowiek, ale lepiej pieniędzy mu nie dawać".

- Cha, cha, cha! To tak jak w "Lalce". Wokulski licytuje kamienicę Łęckich, a Szlangbaum proponuje mu, żeby podstawić kogoś do licytacji: "Bardzo porządny człowiek, katolik. Tylko niech mu pan wadium do ręki nie daje!". Jak chodzi o te interesy PRL-owskie, to ja sobie dość dobrze dawałem radę. Mieliśmy tutaj, w Radzewicach pod Poznaniem, ogrodnictwo. Siedziałem jak u Pana Boga za piecem. Lata 70. to była dla ogrodnictw fantastyczna koniunktura.

Był pan badylarzem za Gierka?

- Tak, trzy szklarnie, 2300 metrów pod szkłem.

Goździk?

- Tylko goździk. Wysyłało się goździki do Szczecina. Tam nie było ogrodnictw, bo na ziemiach zachodnich ludzie nie czuli się pewnie i zbyt tam był ogromny. Woziliśmy też goździki na warszawską giełdę.

PRL-owski goździk od Libickiego.

- Na dużą skalę. Wiecie panowie, czwórka dzieci w zbliżonym wieku, najstarszy Filip niepełnosprawny, to wymagało dużego zaangażowanie żony i mojego. Miałem kogoś, kto się ogrodnictwem na stałe zajmował. Omawiałem z nim wszystko na bieżąco. Na mojej głowie były kredyty, pożyczki, przydział węgla.

Kłaniał się pan czerwonemu, żeby dostać kredyt, węgiel?

- Tu nie było żadnego czerwonego. Moje stosunki z komuną polegały na tym, żeby w geesie sprzedali nam węgiel. Trzeba było wejść w odpowiednie porozumienie z placowym w geesie, załatwić przydziały. I tyle. To nie było złodziejstwo. A w 1980 zostałem pierwszym przewodniczącym "Solidarności" Rolników Indywidualnych w gminie Mosina. W stanie wojennym zbierałem składki na internowanych, mam jeszcze pokwitowania od dominikanina, ojca Tomasza Alexiewicza. Potem związałem się z Ładem i Wolnością i ZChN-em.

I ciągle goździki?

- Goździki, a kiedy już nie można było dostać opału, przeszliśmy na róże. Bo wymagają tylko drobnego dogrzania. Gospodarstwo likwidowałem na raty, uprawy w 1997 roku, a szklarnie rozebrałem po roku 2000. Już się nie opłacało. Jeżeli za PRL tona węgla kosztowała 3 dolary, to oznaczało, że ogrodnictwo było de facto dotowane przez państwo. Jak ceny węgla zrobiły się realne, to ten typ szklarni przestał się opłacać.

Kiedy zaczęliśmy budować kapitalizm, pan przestał być kapitalistą.

- Nie miałem żadnych wątpliwości, że jak się zacznie w Polsce kapitalizm, to my wszyscy z tymi szklarniami padniemy.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej