Luty 2009, w ławie oskarżonych sądu w Poznaniu siedzi czterech zdenerwowanych emerytów. Dwóch z nich wybiega z sali jeszcze przed końcem rozprawy. - Wychodzę z tego g...! - krzyczą w stronę sędzi.

Oskarżeni to koledzy z podwórka: Janusz Palacz (70 lat, kierowca mechanik, bezdzietny kawaler, 600 zł emerytury), Andrzej Wenzel (70 lat, palacz kotłowy, żonaty, trójka dzieci, 1000 zł emerytury), Zygfryd Baranowski (70 lat, operator dźwigu, żonaty, czwórka dzieci, 920 zł emerytury) i Zbigniew Palczewski (71 lat, technik drzewny, żonaty, dwójka dzieci, niespełna 600 zł emerytury).

Prokuratura zarzuca im, że fałszywie przedstawili swój udział w wydarzeniach Czerwca 1956. A także, że wyłudzili lub próbowali wyłudzić zapomogi z budżetu państwa w wysokości od 2,6 tys. do 4 tys. zł. Grozi im do ośmiu lat pozbawienia wolności.

Oskarżeni nie przyznają się do winy.

Janusz do Zygfryda: Porzucamy kamyczkami?

Janusz Palacz nie wygląda na swój wiek. Wysoki, zadbany, pod białym golfem widać umięśnioną klatkę piersiową (- Muszę dobrze wyglądać, bo mam o 20 lat młodszą kobietę). Lubi mówić o sobie i swojej ,,bandzie czworga". Skarży się: - IPN dopuścił się przestępstwa! Oskarża niewinnych bohaterów Czerwca. Wykorzystał zeznania kolegi chorego psychicznie!

W 1956 roku Palacz mieszkał na ulicy Kochanowskiego, koło gmachu Urzędu Bezpieczeństwa, blisko Palczewskiego, Wenzla i Baranowskiego. - Uprawiałem boks razem z Irkiem Sikorą, który potem zginął, no i biłem się z Jankiem Kulasem.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej