O czarnym prezydencie USA Martin Luther King nawet nie marzył.

- Siostro Aleksandro, jeden czarny prezydent w Białym Domu nie czyni wiosny. (Dr West taki ma styl, że do wszystkich kobiet zwraca się per "siostro", a do mężczyzn - "bracie"). To jest krok naprzód, ale twierdzenie, że prezydentura Baracka Obamy to uwieńczenie marzeń Kinga i kres ruchu praw człowieka - to wariactwo. Spuścizna rasizmu jest w Stanach ciągle żywa. Będzie żywa, kiedy Barack Obama obejmie stanowisko, będzie żywa, kiedy je opuści. Ale przynajmniej trochę ją osłabimy.

Trzeba pamiętać, że King był chrześcijańskim pastorem. Rozumiał swoją rolę jako posługę wobec ubogich, nieszczęśliwych, uwięzionych. To zupełnie inny typ lidera niż obecni czarni przywódcy i politycy. King marzył o demokracji, w której zwykli ludzie będą w stanie żyć skromnie i godnie.

Publicznie powiedział pan: "Nie obchodzi mnie, jakiego jesteś koloru. Nie możesz uznawać, że czarni na ciebie zagłosują tylko dlatego, że jesteś czarny". Obama zadzwonił, a pan został jego nieopłacanym doradcą.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej