Dziesiątki pochodni i płonących beczek ze smołą rzucają migotliwe blaski na czarne, wartkie wody Dniepru. Mija właśnie północ. W ciemnościach ledwo tylko rozjaśnionych pełgającymi światełkami uwija się parę setek mężczyzn. Jedni toczą puste beczki po wodzie pitnej, piwie i winie, inni sprawdzają szczelność szpuntów, wiążą beczki linami. To szancchłopi, żołnierze polskiej armii przeznaczeni do budowy i naprawy umocnień, dróg, mostów. Najtrudniejsze zadanie mają ci z nich, którzy w ciemnościach opuszczają do wody powiązane ze sobą puste beczki i wzdłuż przeciągniętych przez szeroką rzekę lin wiążą je w coraz dłuższy, coraz bliższy drugiemu brzegowi pływający jęzor. Obok w podobnym tempie powstaje drugie taki sam jęzor. Połączona armia polsko-litewska, idąc na wschód, w stronę litewskiego Smoleńska zajętego przez wojska moskiewskiego władcy Wasyla III, nie wyrzucała opróżnionych beczek. Teraz powstają z nich cuda wojskowej techniki, dwa mosty beczkowe. Wymyślił je i zaprojektował Jan Baszta, mieszczanin z Żywca. Szancchłopi na długich jęzorach beczek pośpiesznie układają w poprzek i także wiążą linami solidne drewniane bale.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej