Myślałam, że dziś będę miała widzenie. Ale dzieci nie przyszły. A tu się czeka. Na list, jakąś informację. Jest ciężko. Ale nawet tu, w tym miejscu, nikt nie powie mi, że jestem niedobra. Staram się pomagać ludziom. Dzwoniłam w środku nocy na klapę, po oddziałową, że krew się leje. Dwa i pół miesiąca pilnowałam dziewczyny, która miała dwie próby samobójcze.

Teraz na celi jest nas cztery. Ogólnie to staram się nie pyskować. Jest spokojnie. Wcześniej były złe uwagi pod moim adresem, złe słowa. To jest mój pierwszy wywiad. Boję się. Czytam te artykuły o mnie. Zdaję sobie sprawę, że to bardzo drażliwy temat dla ludzi. Ja tutaj nic nie mówię. Nawet kiedy, jak dziś, któraś z dziewczyn puści pod celą do mnie: "Jak tam, Beczka?".

*

Dzieciństwo spędziłam w Czerniejowie pod Lublinem. Ojciec był stolarzem, teraz po wylewie, jest bardzo chory. Dlatego nie mógł zeznawać przed sądem. Mama pracowała w zakładach mięsnych jako pracownik fizyczny. Kiedy miałam 15 lat, wracaliśmy akurat z pasterki, był stan wojenny. I w mamę wjechał wojskowy samochód. Widziałam, jak przygniótł ją do drzewa.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej