Wiosna 1945. Stefan Gieremek, przed wojną urzędnik państwowy w Lesznie, wraca w rodzinne strony. Dostaje stanowisko wicestarosty w niewielkiej Wschowie na ziemiach zachodnich. Ściąga do siebie żonę Marię i jej syna Bronisława.

Bronek ma 13 lat. Chudy, średniego wzrostu, rudawe, kręcone włosy - zapamiętają nauczyciele i koledzy z klasy.

- To tutaj wychodziłem z lat wojny i w jakimś sensie moja droga też się zaczęła we Wschowie. Tak, wszystko zaczęło się we Wschowie - zamyśli się prof. Bronisław Geremek pół wieku później, na spotkaniu z uczniami wschowskiego liceum. W listopadzie 2000 roku został honorowym obywatelem miasta.

Gimnazjum

Wschowa (niemieckie Fraustadt) jest wyludniona. Niemcy uciekli z miasta już w styczniu 1945 roku. Do miasteczka zjeżdżają Polacy ze Lwowa, z Wielkopolski i Polski centralnej. - Była straszna zbieranina podzielona antagonizmami. ,,Ty chamie zza Buga!", ,,Ty pyro poznańska!", słyszało się na ulicy. Ale z czasem się ułożyło - wspomina Jadwiga Macewicz, wieloletnia nauczycielka wschowskich szkół, która przyjechała tu z Lidy na Grodzieńszczyźnie.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej