Gdy w Europie miliony zostały skazane na śmierć,

trzech braci ruszyło na wojnę. Oto historia, jakiej dotychczas jeszcze nie słyszeliście.

Tymi słowami reklamuje się najnowszy film za 50 milionów dolarów w reżyserii Edwarda Zwicka - "Opór". Aktualny James Bond Daniel Craig gra w nim partyzanta Tewjego Bielskiego. Pozostałych dwóch braci Bielskich - nie mniej utalentowani aktorzy.

Braci było jednak nie trzech, jak sugerują twórcy filmu, ale czterech. Jedyny, który jeszcze żyje, czeka właśnie na proces, w którym grozi mu 90 lat więzienia.

PORWANA WDOWA

Kiedy 23 sierpnia 2007 roku dwaj panowie w czerni - oficerowie ambasady USA - wchodzą do prywatnego domu opieki na przedmieściach wielkopolskich Pobiedzisk, Janina Zaniewska woła: "Thank God, you found me!"(Dzięki Bogu, że mnie znaleźliście!).

Dom jest duży, ale atmosfera kameralna - tylko 15 pensjonariuszy. W ogrodzie ozdobne krzewy; z tyłu mały park, warzywnik, oczko wodne z karasiami i żabami. Żyje tutaj nawet rodzina jaszczurek.

Dlatego pielęgniarki, zawsze uśmiechnięte dziewczyny, są zdziwione, że pani Nina - jak ją nazywają - zachowuje się przy Amerykanach, jakby ją mieli uwolnić z więzienia.

Nie łączyć żadnych rozmów

Siwa, dystyngowana 93-latka spędziła w Pobiedziskach pół roku. Przywiozła ją para starszych Polonusów z Ameryki - Aron i Henryka Bellowie. Przedstawili się jako prawni opiekunowie, pokazali potrzebne pełnomocnictwa. Powiedzieli, że chcą tu zostawić podopieczną na dłużej. Zapłacili i wyjechali. Potem kilka razy Henryka dzwoniła do Pobiedzisk, ale i to się urwało. Tylko pieniądze za pobyt - 2,7 tys. zł co miesiąc - nie przestały wpływać.

Zaniewska dostała jasny pokój z telewizorem. Szybko polubiła polskie kiełbaski i żytni chleb.

- Przez pierwsze miesiące wszystko było w porządku - wspominają opiekunki. Pijemy kawę na ławce w ogrodzie. Pensjonariusze jedzą śniadanie przy wspólnym stole. - Pani Nina chodziła do fryzjera, jeździła na wycieczki, ale jakoś tak w połowie lata jej stan się pogorszył.

- Zaczęła się izolować, większą część dnia przesypiała - mówi Karol Chyra, współwłaściciel domu. - Raz była apatyczna i depresyjna, nie chciała nikogo widzieć. Innym razem pobudzona. Wylewała herbatę na podłogę. Wyzywała pielęgniarki po polsku i angielsku. Chciała wracać na Florydę. Twierdziła, że jakaś znajoma ją okradła, oświadczyła, że chce umrzeć.

Myśleliśmy, że to przez dziwne telefony. Bo ona dzwoniła za granicę. Albo dzwonili do niej. Mówiła: to detektyw ze Szkocji. Po rozmowach była jeszcze bardziej zdenerwowana.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej