Do ogniska Brata Alberta w Szczecinie przyjechałem na początku roku szkolnego 1992/1993. Celem mojego przyjazdu było zamieszkanie w ognisku, gdyż wcześniej zostałem wyrzucony ze szkoły i internatu.

O ognisku usłyszałem od znajomych, którzy przez ks. Jarosława (...) mieli kontakt z ks. Andrzejem - dyrektorem ogniska. Mieszkając w ognisku podjąłem naukę w tej samej szkole, do której powtórnie mnie przyjęto (...). Miałem wtedy 17 lat. Czymś bardzo krępującym było dla mnie, kiedy podczas przyjmowania do ogniska ks. Andrzej w czasie osobistego spotkania u niego w pokoju, kazał się rozebrać do naga, aby jak mówił, przeprowadzić rutynową kontrolę higieny osobistej. Ksiądz mówił, że zawsze tak sprawdza nowo przyjętych chłopców. Innym krępującym zachowaniem księdza podczas indywidualnych spotkań u niego w pokoju były czułe przytulania i pocałunki. Gdzieś w styczniu 1993 roku odurzyłem się świadomie lekarstwami i w takim stanie chodziłem po mieście. W drodze powrotnej wieczorem, w tramwaju, spotkałem wychowawcę z ogniska Krzysztofa (...), który prawdopodobnie o moim stanie poinformował ks. Andrzeja.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej