W środku jest ciepło i czysto.

I świeci takie światło, w którym wszystko wydaje się ładniejsze. Na przykład panie w sekretariacie. Albo wiszące na ścianie, oprawione w kolorowe ramki zdjęcia dzieci.

Z tym że te zdjęcia wywieszono w korytarzu bocznym. Wiadomo, klinika leczenia bezpłodności chce się pochwalić swoją skutecznością. Jednak nie chce też ranić tych, którzy od lat starają się o dziecko.

Delikatność to jeden z filarów tego miejsca.

Drugim jest dyskrecja.

To dlatego panie z sekretariatu zwracają się do pacjentów tylko po imieniu.

Wymienieni wstają i znikają w gabinetach.

A inni czekają.

Głównie kobiety, choć jest też kilku mężczyzn.

W tym świetle wszyscy wyglądają pogodnie. Ale czar pryska, gdy próbuję namówić ich na rozmowę. Nagle na twarzach pojawia się ból, w oczach błyskają łzy.

Tłumaczą, że to zbyt intymne. Albo że boją się zapeszyć. Albo że przestaną być anonimowi, a przecież o tym, że tu są, nie wiedzą znajomi, a często nawet rodzice.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej