Chwost, legenda leningradzkiego undergroundu, wyznaczył mi spotkanie w undergroundzie paryskim - piwnicy Symposion przy rue de Paradis 14. Twarz mężczyzny po przejściach, na wygolonej głowie jeden dłuższy ogonek (po rosyjsku - chwost. Z wykształcenia scenograf, z talentów wielozawodowiec: rzeźbiarz, poeta, dramaturg, prekursor radzieckiego rocka.

Jego szydercze piosenki usłyszałam w latach 70. podczas jakiegoś stażu w Związku Radzieckim. Sąsiedzi z akademika uruchomili wielki jak waliza magnetofon.

Niech pracuje robotnik,

Jeśli chce - niech się poci,

A ja gwiżdżę na to, gwiżdżę na to,

I leżę bykiem - uaaa!

- ryczał Chwost i forma utworu, prosta jak konstrukcja taboretu, oraz jego "antyspołeczna" treść wydały się nam rewolucyjne. Rano sąsiedzi komsomolcy prosili, żeby nikomu nie mówić, czego słuchaliśmy.

- W ZSRR tylko raz otrzymałem honorarium jako literat - śmieje się Chwost. - Projektowaliśmy w ramach chałtury wystrój restauracji w Selichardzie na Północy. Miejscowe radio ogłosiło konkurs na utwory dla dzieci, napisałem wiersz o wojnie kotów z myszami. Odczytała go spikerka o przezwisku "Marihuana". Zapłacono mi, pamiętam jak dzisiaj, 15 rubli 70 kopiejek. Wtedy można było za to żyć przez tydzień albo kupić pięć butelek wódki.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej