Wrzesień 2006. Do wrocławskiego komisariatu policji zgłasza się Jan Sz., działacz LPR, były kandydat Ligi do Sejmu.

Zeznaje: - Kierownictwo partii próbuje wmanewrować mnie w przekręty. Rok temu zadzwonił ktoś z centrali i zapytał, czy jestem chętny do pomocy przy kampanii wyborczej. Odpowiedziałem, że jak będzie trzeba, to pomogę. Minęło parę dni, przyszła umowa o dzieło między LPR a mną. Podpisana przez wiceprezesa Ligi Wojciecha Wierzejskiego. Nie podpisałem jej, bo żadnej pracy przecież nie wykonałem. Odesłałem puste druki do Warszawy, na adres partii przy Hożej. W marcu listonosz przynosi mi PIT, z którego wynika, że LPR odprowadziła zaliczkę na mój podatek dochodowy. Rzekomo partia miała mi wypłacić 2,5 tys. zł tytułem umowy o dzieło. A ja nie dostałem nawet złotówki, nie podpisałem przecież umowy!

Śledztwo z doniesienia Jana Sz. podejmuje Prokuratura...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.