Bo Kowalska nawet nieprzyjemne wydarzenia umiała przerobić na pogodne. Na początku KOR-u spotkała przed furtką swego domu dwoje znajomych ludzi. Uznała, że to są osoby, którym KOR pomagał. - Przepraszam - powiedziała - ale muszę lecieć na zebranie KOR-u. - Nie, pojedzie pani z nami na komendę - odpowiedziała owa para. Okazali się funkcjonariuszami SB. Kowalska znała ich twarze, ale z rewizji w swoim mieszkaniu. Jak wyszła, to opowiadała to wszystkim naokoło, parodiując i siebie samą, i owych funkcjonariuszy.

KOR rewolucjonizował wszystkim życie prywatne. Nie można było mieć w domu prywatnych listów. Nie można było normalnie rozmawiać. Nie można było sobie nic prywatnego notować. To dla pisarki Kowalskiej było trudne do zniesienia.

W książce "Szminka na sztandarze" poświęconej kobietom "Solidarności" tak tłumaczy autorce, Ewie Kondratowicz, dlaczego wstąpiła do KOR-u: "Była to paroletnia, naskładana gorycz, poczucie zupełnej beznadziejności, spędzanie życia w świadomości, że ono po prostu jałowo płynie w warunkach głupstwa, wszechpanującego głupstwa, co najmniej głupstwa i kłamstwa. Poczucie, że jest się na jałowym biegu. Na nic się człowiek nie zgadza, niczego nie jest w stanie aprobować, nie może też niczego zrobić, bo ani pomysłu nie ma, ani siły". W KOR-ze zajmowała się m.in. redagowaniem biuletynu o represjach - zbierała informacje o tym, kto został zatrzymany, kogo zwolniono, kogo pobito lub wyrzucono z pracy. - Komunikaty były pisane bezprzymiotnikowo, suchym językiem faktów. Wstrętnym, drewnianym językiem, korkowcem - mówiła Kowalska. I znów - dla pisarki taki język był jak więzienie.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej