W ubiegłym roku na biurko jednego z pracowników biura prawnego poznańskiego magistratu trafiła koperta z zupełnie niespodziewaną wieścią - miasto Poznań otrzymało w spadku po bliżej nieznanym obywatelu Niemiec 218 300 euro, czyli ok. 900 tys. złotych!

Tę niebagatelną kwotę zapisał Poznaniowi niejaki Eduard Schambelan, zmarły w 2002 roku mieszkaniec bawarskiego Vilsbiburga.

O samym darczyńcy miejscy urzędnicy dowiedzieli się niewiele: że rzekomo urodził się i wychował przed wojną w Poznaniu, a po wojnie musiał - jak wielu Niemców - opuścić miasto i wyjechać na Zachód.

- Nie wiemy, dlaczego pan Schambelan przekazał nam część swojego spadku. Możemy się jedynie domyślać, że miał sentyment do Poznania - podejrzewa Anna Szpytko, rzeczniczka prezydenta Poznania.

Jak było naprawdę? Odpowiedź znalazłem w Bawarii.

W urzędzie bez zachwytu

Już kiedy przekraczałem granicę polsko-niemiecką, miałem sporo wątpliwości. W księdze adresowej miasta Poznania z 1917 roku znalazłem jedynie trzy osoby o spolszczonym nazwisku Szambelan. W księdze z 1933 roku - siedmiu Szambelanów. Żaden z nich nie miał na imię Eduard. Być może któryś z nich był ojcem Eduarda? - myślałem sobie, w duchu licząc na to, że w vilsbiburskim magistracie znajdę informacje o rodzicach tak hojnego dla Poznania człowieka.

Vilsbiburg to zaciszne miasteczko we wschodniej Bawarii. Niskie domki z bielonymi ścianami, dużo zieleni, wypielęgnowane przydomowe ogródki, leniwie toczące się życie w cieniu majestatycznej wieży kościoła z charakterystyczną baniastą kopułą. Miejscowość wprost stworzona do zaszycia się z dala od zgiełku cywilizacji. 40 kilometrów stąd urodził się papież Benedykt XVI. Na każdym kroku, czy to w sklepie, czy w restauracji, wszyscy witają cię pozdrowieniem "Grüss Gott!".
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej