W gabinecie słychać ciężki rock, ale sędzia Gwizdak wygląda jak sędzia - 42-latek w marynarce, pod krawatem, okulary w cienkich oprawkach, zakola. Przygotowuje właśnie ścieżkę dźwiękową do audycji, którą wylicytował w studenckim radiu w Katowicach.

Dwa lata temu dostał pan nagrodę "za gotowość do spojrzenia na pracę sądu z perspektywy obywatela". Przejechał pan po sądzie wózkiem inwalidzkim, by sprawdzić, czy wygodnie. Po co?

- Swoim sędziom, gdy przychodzą zapłakani, zawaleni sprawami, mówię - amerykański śmieciarz, gdy wychodzi rano do pracy, też zmienia jakiś kawałek świata. Zostałem prezesem i pomyślałem, że mogę koło siebie zrobić więcej, a nie tylko pilnować statystyk, administracji. Trzeba zmieniać ten skansen.

Zawsze pan tak miał?

- 15 lat...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.