Gdy się mieszka w takim mieście jak Wilno, to całe życie przyjmuje się gości z Polski. Krewni, ich znajomi z pracy, rodzice kolegów ze studiów, jacyś pielgrzymi, harcerze, badacze dialektu kresowego - co rusz trzeba kogoś przenocować albo pokazać starówkę. W dzieciństwie z przyjaciółką Justyną Błaszkiewicz, z którą czasami oprowadzałyśmy polskie wycieczki, prawdę mówiąc, do turystów z Polski czułyśmy litość. Na każdym kroku powtarzali: "Jakie to Wilno piękne!", byłyśmy więc święcie przekonane, że ich rodzime miasta muszą być bardzo brzydkie. Przed zjedzeniem czegokolwiek fotografowali każdy talerz, a przed powrotem do Polski kupowali po kilka bochenków najzwyklejszego czarnego chleba.

Wielu Polaków przyjeżdżało do Wilna, by odbyć podróż sentymentalną. Interesowało ich wyłącznie to, co polskie. Fresk na ulicy Dominikańskiej z hasłem "Ojczyzna Nauka Cnota" - pstryk! Właz od studzienki kanalizacyjnej gdzieś w bocznej uliczce starego miasta z napisem "Magistrat miasta Wilno" - pstryk! Tu mieszkał Syrokomla, tu ojczyma Słowackiego poraził piorun, w tym kościele pracował Moniuszko, tam leży serce Marszałka, tu ciało jego Matki - pstryk, pstryk, pstryk. Można przyjechać do Wilna i nie zauważyć Litwy, całą energię poświęcając na szukanie polskich śladów.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej