Tyle zgubione, tyle wyrzucone. Czego żałuje Hanna Krall



Pamięta pani pierwsze spotkanie?

- W jakimś żoliborskim mieszkaniu odbywało się spotkanie z okazji setnej książki wydanej przez Niezależną Oficynę Wydawniczą. Bardzo dużo ludzi, bardzo gorąco, otworzyli okno, poczułam zimno na plecach. Pomyślałam: zaraz dostanę zapalenia płuc. I w tej samej chwili ktoś narzucił mi sweter na plecy. Obróciłam się i ją zobaczyłam.

Wydawało się, że patrzy na człowieka spode łba. Miała taki uśmieszek, o którym pisze się, że błąka się po twarzy. Trudno było rozszyfrować, czy ironiczny, czy uprzejmy, ale na pewno nie był pogodny ani wesoły.

Co sprawia, że zaczynacie się spotykać?

- Trudno powiedzieć, dlaczego ludzie chcą się spotykać. Była inteligentna, bystra, życzliwa, ale też ironiczna i złośliwa. Ten jej zdystansowany stosunek do świata był mi dość bliski.

Dlaczego się spotkałyśmy? Nie wiem. Moja pamięć przywołuje niepowiązane ze sobą sceny, na przykład spotkanie w barku na Ścianie Wschodniej, koło jej mieszkania. Opowiadała mi swoje sny, a ja bardzo lubię, jak mi się sny opowiada. We wszystkich jej snach pojawiała się zmarła matka. W którymś zawiadomiła córkę, że jest bardzo ciekawym przypadkiem reinkarnacji: jej dusza wstąpiła po śmierci w dawne ciało.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej