Historia science fiction pokazuje, że twórcy tego gatunku systematycznie przeceniają możliwości jednych technologii, a lekceważą drugich. Akcja filmu "Blade Runner" (bojkotuję polski tytuł "Łowca androidów", bo kluczowe dla fabuły jest to, że właśnie nie chodzi o androidy) dzieje się w roku 2019. To już niedługo.

W roku 2019 mamy nie tylko kolonie na innych planetach, ale jeszcze w dodatku latające samochody. Oraz, naturalnie, mamy "replikantów", sztuczne człekokształtne twory, które NIE są androidami, bardzo wyraźnie mamy pokazane, że to są żywe organizmy, stąd wszystkie etyczne dylematy głównego bohatera (Harrison Ford), którego profesję charakteryzuje napis pokazany na początku filmu: "nie nazywano tego zabijaniem, tylko wycofywaniem".

Film był z 1982, kiedy nasze czasy wydawały się nieskończenie odległe. Już nadeszły. W filmie mamy zbliżenie na kartotekę poszczególnych replikantów - dowiadujemy się z niej na przykład, że ich przywódca Roy Batty (Rutger Hauer) został oddany do użytku 3 stycznia 2016.

Dziś "androidy" i "replikanci" są równie odlegli jak wtedy. A jednak w świecie "Blade Runnera" nie używa się telefonów komórkowych ani cyfrowych aparatów fotograficznych (choć jedne i drugie znano już w roku 1982).



Wniosek z tego jest taki, że science fiction potrafi często w tym samym filmie czy książce dramatycznie przestrzelić z postępem w jednej dziedzinie, nie doszacowując drugiej. Dlatego fantastyka nigdy nie powie nam, jak będzie - ale z kolei nie możemy ignorować jej prognoz, bo niektóre jednak się spełniają.

Dobrym porównaniem są komputery. Do połowy lat 70. to pojęcie oznaczało urządzenie wielkości co najmniej szafy, rezydujące w specjalnym pomieszczeniu instytucji, którą stać nie tylko na komputer, ale i na zatrudnianie specjalisty do obsługi (odzianego w obowiązkowy biały fartuch).
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej