Jacku, Antku, Adamie, Piotrze, Sewku, Zbyszku i Zosiu, Henryku i Ludko. Wasze imiona zaludniły głowę pewnego piętnastolatka, byliście dla niego jak kowboje, muszkieterowie i rycerze króla Artura razem wzięci. Jest wiosna 1989 roku, piętnastolatek biega z ulotkami, maluje hasła na murach i chce o was wiedzieć wszystko, absolutnie wszystko. Kolekcjonuje najdrobniejsze informacje o KOR, daty urodzin "starszych państwa" potrafi wymienić w środku nocy, zbiera dawne numery "Biuletynu Informacyjnego" z waszymi tekstami. Uczy się na pamięć wściekłego listu do Kiszczaka, który jeden z was napisał w więziennej celi. Czyta kodeks honorowy Czarnej Jedynki, drużyny harcerskiej, którą prowadził drugi z was. Marzy o takich przyjaźniach jak wasze - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Gdy siedzi Antek, Adam staje na głowie, żeby go wyciągnąć. Gdy wsadzają Adama, Antek planuje głodówkę. W tej korowskiej legendzie jest też miejsce na miłość: "Wszystko, co przez całe życie robiłem, robiłem po to, żeby się w oczach jakiejś dziewczyny pojawił podziw. Zawsze musiałem być w oczach jakiejś dziewczyny. Jednej. Tej jedynej" - mówił Jacek. A więc SPRAWA może się łączyć z uczuciem, piętnastolatkowi w to graj, bo oczywiście jest śmiertelnie zakochany. Legenda o KOR ma w sobie piękno i spójność. Z takim bagażem piętnastolatek wchodzi w dorosłość.
Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej