Posłuchaj wersji audio
Your browser does not support the audio element.

Niebieski chłopiec

6.30 rano. Niebieski chłopiec leży na wznak. 12 w pionie, 9 w poziomie - pustaki w murze policzył już setki razy. Pierwsze, co widzi co rano, to te gołe ściany. Wystaje z nich kilka gwoździ, na których suszą się pogniecione ubrania. Pod jego materacem jest goły beton, obok stoi lodówka, na której matka chowa przed nim cukier. - Chodzi jak zmęczony, sapiący człowiek, ciekawe, kiedy padnie - zastanawia się 12-latek z włosami w kolorze węgla.

Chłopiec nienawidzi słońca i deszczu, bo w suficie są cztery dziury. Latem grzeje przez nie słońce, a zimą leje się deszcz. Niebieskiego chłopca uspokajają gwiazdy. - Bo cudownie pojawiają się i znikają.

Gdyby nie klapki i rozrzucone przed drzwiami buty, nie sposób byłoby zgadnąć, że na skraju 1,7-milionowego miasta Gaziantep na południu Turcji od trzech lat mieszka rodzina niebieskiego chłopca. Uciekli z Aleppo w Syrii. Z zewnątrz ich jednopokojowe mieszkanie wygląda jak opuszczony garaż. Nie dojeżdża tu żaden autobus, a najbliższy przystanek jest oddalony o pół godziny marszu.

"Moje dzieci znają tylko wojnę". Wstrząsająca opowieść ojca z Aleppo


- Ostatnio bolą mnie biodra, materac jest zużyty i kości wbijają mi się w podłogę. To przeze mnie nie mamy już sofy, matka sprzedała - wzdycha. - Igła wbiła mi się w lewą stopę. Po kilku dniach źle się poczułem. Miałem gorączkę. W końcu matka zabrała mnie na ostry dyżur. Okazało się, że miałem tężec. Cały miesiąc leżałem w szpitalu. Tam to dopiero było życie - wspomina. - Wyspałem się za te wszystkie lata, jadłem trzy razy dziennie. Pierwszy raz ktoś mnie spytał, jak ja się czuję. I mama stała się czulsza, choć i tak ględziła. Chciała, żebym wziął się w garść, wyzdrowiał i wrócił do pracy. Kazała mi się modlić o moje zdrowie. Nie słuchałem jej. Chciałem być jak najdłużej chory - wspomina.

Teraz niebieski chłopiec do pracy chodzi w klapkach, bo w butach noga by zgniła. Wypadki w pracy często się zdarzają. Kolega zszył sobie palec maszyną, inny wybił zęby, bo się poślizgnął.

Rano budzi się jako pierwszy i wsłuchuje się w oddech matki i rodzeństwa. Najtrudniej dobudzić siostry, dziewięcio- i ośmioletnią, które muszą iść z nim do pracy. Matka często mu powtarza, że jest głową rodziny. Więc zgrywa twardziela, choć codziennie wymiotuje ze strachu przed pójściem do pracy. - Czekam na ojca i wierzę, że wkrótce usłyszę silnik jego starej mazdy.

W szwalni chłopiec i siostry pracują sześć dni w tygodniu. Od 8 do 20 z przerwą obiadową. W południe szybko biegną do domu. Muszą wrócić przed pierwszą. Na zjedzenie obiadu mają 20 minut.

- To moja trzecia szwalnia, w pierwszych dwóch ciągle bili. Pół roku temu poprzedni szef uderzył mnie pięścią. Przez tydzień nie mogłem ruszać barkiem. Ciągle na mnie krzyczał, wyzywał od nierobów. Mama tylko wzruszała ramionami. "Musisz to przecierpieć" - mówiła.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej