Książka Adama Bieleckiego "Spod zamarzniętych powiek" jest dostępna w formie ebooka w Publio.pl >>



Zawodowy himalaista ma w Polsce z czego żyć?

- Od 2011 roku utrzymuję się ze wspinaczki. To nie jest łatwy kawałek chleba, ale ja nie mam wielkich potrzeb. Zresztą komu jest dziś łatwo? Nie mogę narzekać, bo jestem w stanie sfinansować wyprawy i mam pieniądze na podstawowe rzeczy. Myślę, że to jest znak czasów, bo dziesięć lat temu byłoby mi o wiele trudniej.

Ten tekst i 18 innych opowieści znajdziesz w specjalnym wydaniu 'Dużego Formatu' - 'DF. Magazyn Reporterów'
Proponujemy Wam spotkania z prawdziwymi bohaterami.
Spośród tekstów publikowanych w ubiegłym roku w "Dużym Formacie" wybraliśmy te, które były najchętniej czytane. Może Was wzruszą, przerażą albo wkurzą
Do kupienia w kioskach, KulturalnymSklepie, salonach prasowych oraz na publio.pl




Ile kosztuje wyprawa?

- W zależności od góry, liczby uczestników i stylu, w którym się wspinamy, letnia wyprawa w Himalaje kosztuje mnie od 40 do 80 tysięcy złotych. Mount Everest jest jeszcze droższy. Do tego trzeba dodać pieniądze dla mojego menedżera, koszty sprzętu i dodatkowego jedzenia, które zabieram z Polski. Wyprawa zimowa kosztuje dwa, trzy razy więcej.

I jak ty na to zarabiasz?

- Wyprawy narodowe były w większości opłacane. Na inne ekspedycje zarabiam prelekcjami i kontraktami sponsorskimi. Spotkania dla firm to czasami kilka tysięcy złotych, dużo więcej niż prelekcje na festiwalach górskich i podróżniczych. Ale przede wszystkim staram się szukać sponsorów. Chciałbym znaleźć ich kilku i dostawać co miesiąc przelewy. Bo teraz żyję z dnia na dzień. Miałem jechać na Mount Everest poprowadzić nową drogę, ale złamałem rękę i zamiast wyprawy mam długi.

I tak żyją zawodowi wspinacze na całym świecie?

- Nie wiem, ile zarabiają najlepsi i najbardziej medialni himalaiści świata, np. Simone Moro czy Denis Urubko, ale podpytuję ich, jak zarabiać w tym zawodzie. Próbuję robić to, co oni, czyli zostać twarzą jakiejś marki. Wcześniej każda wyprawa była jednorazowym projektem, szukałem sponsorów do jej sfinansowania. Teraz zostałem twarzą Blackyaka i pierwszy raz w mojej karierze wspinacza dostaję co miesiąc przelew na konto.

Simone Moro, bóg gór



A co robisz w zamian? Masz co roku wejść na jeden ośmiotysięcznik?

- Nie, to byłby absurd. Kontrakt polega na tym, że projektuję i testuję odzież. Blackyak to marka koreańska, ale ubrania w Europie projektują w Szwajcarii. Zaczynamy na desce kreślarskiej, potem dobieramy materiały. Oni szyją, ja sprawdzam. Część z tych produktów trafia potem na rynek.

Mnie to cieszy, bo od 20 lat jestem użytkownikiem odzieży górskiej i miałem problem, by znaleźć to, czego potrzebuję.

I czego potrzebujesz? Jakie nowe rzeczy wymyśliłeś?

- Na Mount Everest miałem się wspinać w nowym kombinezonie. Zmieniliśmy jego podwieszenie - nie będzie szelek. Wymyśliliśmy, jak suszyć rękawiczki i skarpety. Wcześniej trzeba było wkładać je pod pachy albo pod bieliznę. Zintegrowaliśmy z kombinezonem camelback, czyli plecak z wodą, który podczas ataku szczytowego będzie mnie dogrzewał, a podczas zejścia picie będzie dalej ciepłe i nie będzie zamarzać. Zintegrowaliśmy też stuptuty, czyli rękawy zabezpieczające buty przed wsypywaniem się śniegu. W niższych partiach góry jest ciepło - wtedy próbujemy ściągnąć kombinezon do połowy, związać jakoś rękawy, żeby się nie zsuwał, ale to się nie udaje. W nowym kombinezonie wymyśliliśmy patent, który w tym pomaga.
Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej