Jaki sens mają opowiadane przeze mnie obrazkowe historie losów przypadkowo spotkanych ludzi, które nigdy nie miały początku i końca? Nigdy nie byłem na początku czyjejś historii, która zaczęła się wcześniej, niż ja z aparatem się pojawiłem. A koniec był po moim odejściu.

Miałem różne plany, wyobrażenia, nadzieje, że zadany temat - czy to była wojna w Burundi, czy Przystanek Woodstock, czy pielgrzymka papieska - sfotografuję w ten czy inny sposób. Życie weryfikowało moje wyobrażenia i nadzieje. Życie, a czasami nie-życie weryfikowało moje życie i moją pracę.

Ktoś, a może to ja sam, napisał wstęp do mojej pierwszej indywidualnej wystawy fotografii po 25 latach pracy zawodowej: "Cartier-Bresson uważał, że w fotografii najważniejszy jest decydujący moment. Ten, w którym naciskamy spust migawki w aparacie fotograficznym. Tylko że wtedy, gdy Miller naciskał spust migawki, żaden moment nie był decydujący. Bo czy umierające z głodu dzieci z plemienia Hutu, w kongijskiej dżungli to jest decydujący moment? Czy pijany rowerzysta na szosie Warszawa - Siedlce to decydujący moment? Czy rosyjski żołnierz na bojowym transporterze plujący szampanem, oblewający zwycięstwo przed pałacem czeczeńskiego prezydenta Dudajewa to decydujący moment?
Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej