Ósma rano. Wpadam na espresso. W środku pusto, przeglądam gazetę.

- Ewka! - woła barmanka, gdy ekspres przestaje syczeć. - Proszę, podaj do stolika.

Niska szatynka niesie tacę. Wolno, jakby się bała, że porozlewa. Filiżankę z kawą i literatkę z wodą stawia na blacie. Ostrożnie, ale i tak rozlewa trochę wody.

- Nic się nie stało - chcę jej dodać otuchy.

- Proszę. (Cicha, wycofana).

Z zaplecza wychodzi inna dziewczyna, ma koszyk z kanapkami. - Trafisz? - pyta barmanka. Kiwnęła głową.

Dopiłem kawę. Nikt więcej nie przyszedł. Wróciła tylko dziewczyna z pustym koszykiem. - Wszystko sprzedałam.

Kilka dni później. Trzynasta - czas na lunch. Zamawiam tost z pieczarkami i sosem bazyliowym. Znowu nikogo nie ma. Miejsc na 20 osób, a siedzę sam. Zastanawiam się, czy oprócz mnie ktoś tu jeszcze przychodzi...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej