- Trzy wróżki w Polsce przepowiedziały mi, że będę miał dwóch synów. Uśmiałem się wtedy. Przypomniało mi się to po latach, gdy szliśmy z Jackiem na pierwsze spotkanie z chłopcami - opowiada Andrzej.

Zatrzymali się w hotelu w Londynie, 20 minut spacerem od domu rodziny zastępczej Brandona i Adama. I było to najdłuższe 20 minut w ich życiu.

Andrzej: - Pod samym domem nerwy były już ogromne. W oknie widziałem malutkiego Brandona. Wyglądał nas.

Jacek: - Adam, kiedy tylko weszliśmy, schował się do swojego pokoju. Więc powiedziałem do niego: "To teraz pobawimy się w chowanego".

Ten tekst i 18 innych opowieści znajdziesz w specjalnym wydaniu 'Dużego Formatu' - 'DF. Magazyn Reporterów'
Proponujemy Wam spotkania z prawdziwymi bohaterami.
Spośród tekstów publikowanych w ubiegłym roku w "Dużym Formacie" wybraliśmy te, które były najchętniej czytane. Może Was wzruszą, przerażą albo wkurzą
Do kupienia w kioskach, KulturalnymSklepie, salonach prasowych oraz na publio.pl




Spędzili z chłopcami godzinę, a byli wyczerpani jak po ciężkiej robocie na budowie. I szczęśliwi.

Jacek: - Matka zastępcza i pracownica socjalna były pod wrażeniem, że od razu złapaliśmy z dziećmi kontakt. Chłopcy zaprosili nas do swojego pokoju. Pokazali zabawki.

To była wiosna 2013 roku. Andrzej, wtedy 36-letni, i o dwa lata starszy Jacek mieli już za sobą proces adopcyjny, ale chłopców widzieli do tej pory tylko na zdjęciach: dwuipółletni Brandon z szopą loków. Czteroipółletni Adam też miał dłuższe włosy niż teraz. Od razu widać, że są braćmi: ciemne jak węgielki oczy, kruczoczarne włosy, identyczne noski.

Jacek i Andrzej patrzyli na te fotografie i już wiedzieli, że się udało, że to ich dzieci.

Poduszki pierwszego kontaktu

Andrzej: - Do Wielkiej Brytanii przyjechaliśmy latem 2009 roku. Byliśmy ze sobą dziewięć miesięcy. Jacek mieszkał wcześniej na Wyspach. Dla mnie to był zupełnie nowy kraj. Nie znałem angielskiego. Kiedy wyszliśmy z samolotu, chwyciłem Jacka mocno za rękę. Miałem wrażenie, że wszyscy się na nas patrzą. Pewnie po Polsce, gdzie na takie rzeczy trzeba uważać. A tu nikt się nie patrzy.

Zamieszkali w wynajętym mieszkaniu pod Londynem. Jacek został menedżerem w agencji sprzątającej. Andrzej, kiedy tylko nauczył się trochę języka, wrócił do zawodu fryzjera. Na samym początku zdarzało się, że nie rozumiał angielskiego klienta. Przytakiwał i strzygł. - Nie trafił się nikt niezadowolony - śmieje się dziś.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej