- Chciałem zgłosić doniesienie o przestępstwie - zatrzymuję patrol policji eskortujący marsz ONR. Jest popołudnie 1 sierpnia.

- Jakim przestępstwie?

- Propagowanie faszyzmu.

- Naprawdę? Gdzie? - patrol idzie jakieś 15 m od platformy prowadzącej marsz. Na niej dwóch członków ONR w ciemnych koszulach zapiętych pod szyję i czarnych spodniach. Na ramionach mają zielone opaski z falangami. Ramię i miecz. Obok nich wodzirej marszu ubrany "nieoficjalnie" jakby przed chwilą wyszedł zza biurka jakiejś korporacji, krzyczy do mikrofonu hasła - co któreś otwarcie wzywa do nienawiści. "Jeden pocisk - jeden Niemiec", "Sierpem i młotem czerwoną hołotę" albo "a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści [choć zdaje się, że czasami również słychać, że "syjoniści"]. - A nie widzi pan?

- Yyyy, dobrze, no dziękuję, zajmiemy się tym.

...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.