Nikiel to miasto, jakich w Rosji wiele: życie kręci się między pomnikiem Lenina a pizzerią. Z głośników wystawionych przed betonowy dom kultury dudni popsa. Główny plac miasta okalają pryszczate chruszczowki: ciągną się aż po horyzont, którego strzeże ich matka żywicielka - huta niklu.

Najweselsze miejsce w Niklu to sklep z zabawkami przy ulicy Pobiedy. Gdyby nie kurzący się na wystawie statek piracki, nie sposób byłoby odczuć, że Morze Barentsa jest tak blisko. Z centrum miasta nie widać nawet tundry, ale może to lepiej, bo wokół Nikla z ziemi został tylko jałowy żółtawy pył. W powietrzu wisi dwutlenek siarki: 20 razy więcej niż powinno. Kiedy latem zapada dzień polarny, Nikiel wygląda, jakby dopadła go apokalipsa - słońce oświetla nocą opustoszałe ulice. Zimą wygląda jak zmrożone piekło.

Z Nikla nie bardzo jest się dokąd ruszyć. Znaczna część obwodu murmańskiego to zamknięte wojskowe wioski. Żeby zobaczyć morze, trzeba jechać aż do Teriberki, na drugą stronę Półwyspu Kolskiego, ale od premiery kręconego tam filmu "Lewiatan" w Teriberce zrobiło się bardzo tłoczno (jeździ tam pół Moskwy, twierdzą lokalni). Można też pojechać do Norwegii: granica oddalona jest o zaledwie 40 kilometrów. Ale po krachu rubla mało kogo stać.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej