Oli wydaje się, że umiera. Jest ciemno, słychać jedynie odgłosy tropikalnego lasu, ale ona wszędzie widzi pożogę i wijące się węże. Sama zwija się w konwulsjach, krzyczy, że już nie da rady... A może tylko wydaje jej się, że krzyczy. Wtedy podchodzi szaman i zaczyna śpiewać pieśń leczniczą, "ikaros". Ola czuje, jakby ktoś wyciągał jej kamienie z żołądka. Kamienie to zła energia, przez lata nagromadzone emocje i napięcia.

- Aż się przestraszyłam, bo ta śmierć wydała mi się realna, czułam fizyczny ból - opowiada Ola, 33-latka, do niedawna menedżerka w sektorze bankowym, dziś dietetyczka i specjalistka od medycyny naturalnej. - Zwijałam się w tej agonii, aż szaman śpiewając przekonał mnie, bym poddała się temu, co czuję. Bo ja przez całe życie miałam potrzebę kontrolowania wszystkiego, za wszelką cenę. Dopiero gdy odpuściłam, wszystko dookoła stało się kolorowe. Zaczęłam podróżować. Po całym wszechświecie, po wszystkich wszechświatach. Każdy był inny, kolory i kształty nie do opisania. Miałam poczucie, że byłam wszędzie i zobaczyłam wszystko. Potem sobie uświadomiłam, że to mnie wyleczyło z kompleksu, że nie widziałam świata. Bo podróżować zaczęłam dopiero jako dorosła. Wydawałam na to wszystkie pieniądze, ale nie cieszyłam się podróżami, tylko odfajkowywałam miejsca, w których moi znajomi dawno już byli. Ciągle czułam, że muszę za nimi nadążyć. Teraz już nie muszę.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej