Pod białym namiotem piętrzą się piramidy kremów z ziół. Lekko siwiejąca Sarita López zachęca do zakupów na placu przed siedzibą rady miasta w Montevideo, gdzie właśnie odbywa się ekologiczny targ.

- A krem z konopi pani ma? - zagadujemy.

Rozgląda się ze wstydem, potwierdza skinieniem. Zostawia stanowisko pod opieką koleżanki i prowadzi na odległą ławkę. Jest emerytowaną masażystką, po sześćdziesiątce zrobiła roczny kurs naturoterapii i w domu przygotowuje ziołowe kremy. Pomagają na pamięć, tarczycę, menopauzę, parkinsona. - Do konopi byłam uprzedzona. Myślałam: "Rany, to przecież narkotyk!". Ale o kremy pytało coraz więcej cierpiących pacjentów, a moja praca polega na ukojeniu bólu. Więc zaczęłam czytać. Pół roku temu otworzyła mi się głowa.

Krem na bazie roztworu z konopi i oleju robi dla pacjentów chorych na raka skóry, płuc, jąder i epilepsję. - A ostatnio dwóch młodych mężczyzn - zniża głos - kupiło go na pobudzenie organów płciowych.
Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej