Kobiety w Reyhanli, tureckim mieście przy granicy z Syrią, nie słyszały o Dniu Kobiet. - Jest taki dzień? - dziwiły się. - My obchodzimy Dzień Matki, 21 marca, o Dniu Kobiet nie wiedziałyśmy.

8 marca niczym więc się nie różni od innych dni. W kwiaciarni na głównej ulicy 10-letni chłopiec zrasza przywiędłe kwiaty, nikt dziś nie kupił u niego storczyków i róż. Na ulicach 160-tysięcznego Reyhanli widać głównie mężczyzn, to oni prowadzą samochody i motory. Nastolatek bez nogi, o kulach próbuje przejść przez zatłoczoną ulicę, obok przejeżdża inny na wózku inwalidzkim. W powietrzu unosi się kurz, ktoś zamiata przed sklepem, kawałek chodnika polewa wodą i znów siada na krześle, patrzy przed siebie i popija kolejną już dziś herbatę.

Dla kobiet świętem jest środowy bazar. - Nie kupujemy w dużych sklepach, nigdy nie byłam w żadnym - mówi Um Chaled, 33-letnia Syryjka. - Na bazarze rolnicy sprzedają warzywa, sery, mydło, przyprawy. Rano przychodzą bogatsi mieszkańcy, koło 16 - biedniejsi.

Po południu raz po raz jakiś sprzedawca zaczyna wołać: "Reklamówka mandarynek za lirę, włóż, ile chcesz, i bierz!". Ludzie podbiegają, pakują, ale nie ma w tym agresji, nikt nikogo nie popycha, ktoś komuś poda, każdy bierze, ile potrzebuje. Sprzedawca żartuje, że reklamówki są tak upchane, że nie można ich uchwycić, ale jest zadowolony, że za chwilę wróci do siebie, owoce nie trafią na śmietnik, a dzieciaki w domach będą miały odrobinę radości.

Bazar to okazja do spotkań, plotek, pokazania się w nowej sukience. To jedyna rozrywka, na którą Um Chaled czeka cały tydzień.

CZYTAJ TEŻ: Dla polskich mężczyzn perspektywa obrony kobiet przed uchodźcami to symboliczna wyprawa krzyżowa



Nie mam nic do Europejczyków

Obładowane siatkami mandarynek, ziemniaków i cebuli, idziemy w kierunku domu, w którym mieszka Um Chaled. - Uciekłam z Palmiry siedem miesięcy temu, z czwórką dzieci, mężem i matką, która ogłuchła podczas bombardowań. Nasz nowo wybudowany dom pokruszył się jak pudełko ciastek. Mąż pracował w obsłudze hotelu. W szczycie sezonu napiwki dochodziły do 10 tysięcy funtów syryjskich dziennie, to równowartość 200 dolarów. Średnia pensja w Syrii to było wówczas 300 dolarów miesięcznie. Ale turyści ze Stanów i Europy mieli gest. Od pięciu lat mąż nie pracuje. W Reyhanli po pół roku znalazł pracę w cukierni jako sprzedawca, ale od miesiąca nie dostał wypłaty. Żyjemy z oszczędności, które lada moment się skończą.

W ciężkich chwilach mąż myślał o migracji, ale się nie zgodziłam. Nie chcę, żeby dzieci były rozdarte pomiędzy domem a światem zewnętrznym. Niewiele wiem na temat życia w Europie, słyszałam, że kobiety są zbyt wyzwolone. A my od najmłodszych lat jesteśmy przygotowywane do bycia żoną. Dziewczynki muszą być posłuszne starszym, wykonywać bez dyskusji polecenia. Nie możemy wracać, kiedy chcemy, nad ranem, to byłby wstyd dla rodziny i materiał do plotek: "gdzie była? z kim się spotkała?". Europejki tym się nie przejmują, robią, co chcą, nie liczą się z własną reputacją, nie interesują się opinią innych, nie obawiają się, że mogą zhańbić rodzinę, zachować się nieprzyzwoicie.

Moja wolność to dom i dzieci, decyduję o życiu codziennym, wiem, jakie są moje granice, jak mam się ubrać, zachować. W Europie zagubiłabym się wraz z dziećmi. Najbardziej martwiłabym się o córki. Przecież tam córka w wieku 18 lat może pozwać własnego ojca do sądu, bo jej czegoś zabroni albo nakrzyczy, i prawo będzie po jej stronie. A córka powinna słuchać ojca aż do zamążpójścia, potem mąż jest za nią odpowiedzialny. Ojciec jest głową rodziny, nie można mu się sprzeciwiać. Sprzeciw świadczy o bezczelności i braku wychowania.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej