Michał chciał zabić się dwa razy, Adrian - raz, ale za to skuteczniej. Na pogotowiu założyli mu sześć szwów; jak zawiąże rzemyk na nadgarstku, nic nie widać.

Michał ma 48 lat i całe życie mieszka w Warszawie; Adrian ma lat 23 i wychował się pod Łodzią. Wieczorami piją herbatę i grają w scrabble. Czasem zatęsknią za własnym kątem, ale zaraz pomyślą: tu jesteśmy bezpieczni.

Tu nikt nie wyzwie ich od ciot, pedałów, zboczeńców.

Nikt nie schowa przed nimi jedzenia, nie zakręci ogrzewania, nie wystawi walizek za drzwi. Nie uderzy i nie opluje.

I najważniejsze - nikt nie dowie się, że tu są.

Hostel interwencyjny dla osób LGBT (lesbijek, gejów, bi- i osób transseksualnych) jest w Warszawie. Gdzie dokładnie? Tajemnica. Pracownicy fundacji Trans-Fuzja i Stowarzyszenia Lambda Warszawa, organizacji, które prowadzą hostel, nie zdradzą adresu. Na zdjęciach widać dużą kuchnię z balkonem, wysokie sufity, kolorowe narzuty na łóżkach - klimat bardziej jak w domu niż w noclegowni. W internecie piszą: "Jeśli doświadczasz przemocy ze względu na swoją orientację psychoseksualną lub tożsamość płciową, zadzwoń". - Od lutego zeszłego roku, kiedy powstał hostel, przyjęliśmy 50 osób - mówi Gabriela Borecka, koordynatorka programu z fundacji Trans-Fuzja. - Większość musiała uciekać przed przemocą. Sprawcami najczęściej są osoby z najbliższego otoczenia: rodzina, sąsiedzi, współpracownicy, choć nie tylko. W jednym mieście działa grupa, która wyszukuje osoby LGBT przez portale internetowe. Był u nas pan, który padł ofiarą takiego ataku. Napastnicy wyważyli drzwi do jego mieszkania.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej