Wypiłem dwa litry herbaty, wysikałem się, włożyłem butelkę z ciepłą wodą do śpiwora. Pospałem może godzinę. Obudził mnie, gdy zaczął siłować się z zamarzniętym zamkiem mojego namiotu. Poszliśmy do jego mesy. Ściągnął but i skarpetkę. Duży palec wyglądał, jakby ktoś go oblał paletą farb. Z jednej strony fioletowy, z drugiej kredowy z przebijającą się kością. Tomek Mackiewicz sięgnął do niego ręką i delikatnie poruszył z ciekawością dziecka. - Nie jest źle.

Jeden palec stracił rok temu. Zawieźli go do szpitala w Chilas z odmrożoną stopą. Doktor chciał ją obciąć, ale źle trafił, bo w pokoju Tomka zawsze było kilkanaście osób. Miejscowi, których poznał przez te wszystkie lata pod Nanga Parbat (8126 m). Wtedy był po piątej ekspedycji. Cel zawsze ten sam: pierwsze wejście na niezdobyty w zimie ośmiotysięcznik. Doktor ogłosił diagnozę, a Pakistańczycy zaczęli szeptać. - Wiejemy stąd, żadnego obcinania.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej