Mijam północną bramę byłego lotniska Tempelhof. Ostatni samolot odleciał stąd w 2008 roku. Jest cicho, nic nie zdradza, że schroniło się tu ponad 2 tysiące ludzi. Na drewnianych ławkach przed hangarem nr 1 grupka mężczyzn pali papierosy. Obok dwóch ochroniarzy w drzwiach hangaru kontroluje czteroosobową rodzinę, która właśnie wróciła z LaGeSo, Krajowego Urzędu Zdrowia i Spraw Socjalnych.

Rodzina szuka po kieszeniach kart wstępu. Na każdej jest zdjęcie, numer hangaru, namiotu i specjalny kod przyznawany każdej rodzinie. (To już druga kontrola, wcześniej przeszli przez bramkę z czytnikiem w budce ochroniarzy). System rejestruje godzinę wyjścia i powrotu. Trzy noce poza ośrodkiem bez specjalnej przepustki i tracisz prawo do mieszkania na Tempelhof.

Ochroniarze wyglądają groźnie. Większość z nich to Niemcy pochodzenia arabskiego i tureckiego, pracują dla prywatnej firmy ochroniarskiej...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.