Nie uległem tyranii kolorowych magazynów - nic nie postanowiłem na nowy rok. Bo taka natura postanowień, że wykopują przepaść między rozczarowującym teraz a idealnym potem (kiedy już nastanie cudowna rzeczywistość po ich spełnieniu). Postanowienia instalują w nas poczucie niedostatku, sprzyjają podrażnieniu psychicznemu. Czy pomagają nadać lepszy kierunek naszemu życiu? Możliwe. Ale - wnoszę z autopsji i badań na temat mechanizmów nawyków mentalnych - mało prawdopodobne.

Mamy wybór: możemy się nie poprawiać. A zanim postanowimy, że będziemy chudnąć, mówić obcymi językami, mniej palić i dbać o zdrowie, możemy też postawić sobie pytanie: komu te postanowienia służą? Nam tylko w 10 procentach, bo dotrzymujemy jednej na dziesięć obietnic danych sobie. W 90 procentach, jak zwykle, służą sprzedawcom. Amerykanie na przykład wydali w roku 2015 na realizację noworocznych postanowień 5,6 miliarda dolarów. Sporo z tych pieniędzy poszło na gadżety takie jak specjalne zegarki, które kalkulują nasz kaloryczny budżet i które szybko kończą w najrzadziej otwieranych szufladach lub pod kurzem na najwyższych, niewidocznych z dołu półkach regałów. Bo dość mamy tyranii kontroli i bez takich gadżetów. A kiedy tak się dzieje, jesteśmy podwójnie uszkodzeni - nie dość, że wciąż grubi, to jeszcze z poczuciem, że wyrzuciliśmy pieniądze w błoto. Sprzedawcy tylko się cieszą, bo podwójne uszkodzenie to podwójna motywacja, żeby za rok postawić sobie nowe, bardziej ambitne postanowienia.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej