- Tu w sąsiedniej wsi taka arystokratka przed wojną była, Hulanicka się nazywała, na własność wszystkie ziemie jej były. Aż się los odwrócił i bieda u niej nastała, ziemie ludziom za darmo rozdała, każdy gospodarstwo założył. Bo jak się człowiek na ziemi bogaci, to musi wiedzieć, że kiedyś przyjdzie ludziom to, co ich, oddać. No, ale teraz wszyscy we wsi tę ziemię posprzedawali. Tylko ja zostałem - mówi Radek, 25-letni rolnik ze Smykowa w Świętokrzyskiem. Na swoich 13 hektarach uprawia owies, pszenicę, żyto i groch.

Jedź, synek, jedź

W Smykowie stoją 23 domy i jeden sklep. Do kościoła, podstawówki i przychodni lekarskiej w Ćmielowie jest ponad 5 km. Autobus jeździ tylko szkolny. W ostatnich kilku latach wyemigrowała ze Smykowa większość młodych ludzi.

- Ja, jak żem ze szkoły wracał, to plecak rzuciłem w kąt i na pole od razu się szło. Rodzicom pomóc, a to pielić buraki, a to ospę przygotować i świnie nakarmić, a nieraz to i krowy wydoić. Sam się doić nauczyłem, taboret wziąłem i na czucie żem chwytał raz za razem. Ale najbardziej to lubiałem ciągnikiem jechać, siedem lat miałem, jak mnie tata na kolana sadzał, bieg wrzucał i mówił: "Jedź, synek, jedź".
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej