"Jestem patriotą rosyjskim. Pochodzę z Łotwy, z Ludzy. To miasteczko przy granicy z Rosją. Łotwę uważam za swoją małą ojczyznę. Ale niepokoi mnie to, co tam się dzieje. Łotwa i Ukraina są podobne, bo w obu tych państwach panuje etnokratyzm. To reżim, w którym dominujący naród próbuje poniżyć i zgnieść naród drugi, czyli naród rosyjski. Na Łotwie trwa zimna obywatelska wojna, taka jak na Ukrainie kilka lat temu. Nikt nikogo nie bije, ale wszyscy się nie lubią, czasem nienawidzą. Wyjechałem i powiem wam, że tu jest świetnie! Dostaniesz broń, pogoda jest wspaniała, zapewniam, nie będziesz się nudzić. Jeśli masz po dziurki w nosie swojej codzienności i miałkich rodzinnych problemów - jest to idealny powód, by przyjechać i zakosztować innego życia. Bo najlepsze kurorty - to kurorty Donbasu".

Kiedy film z tym nagraniem trafił do sieci, małą Łotwą zawładnęły wielkie emocje. "Najprawdopodobniej rosyjska propaganda próbuje zdestabilizować sytuację w krajach nadbałtyckich" - powiedział Raimonds Vejonis, łotewski minister obrony. "Ci ludzie popełniają przestępstwo. Zaangażowanie obywateli łotewskich w takie konflikty może zagrażać naszemu krajowi w przyszłości" - dodała Kristine Apse-Krumina, rzeczniczka policji bezpieczeństwa.

Dziewięciotysięczna Ludza, z której pochodzą aż trzej ochotnicy, którzy pojechali do Donbasu, chyba pierwszy raz w historii trafiła do wszystkich wiadomości. Redakcję lokalnej gazety "Ludzas Zeme" (wydawanej po łotewsku i rosyjsku) zasypały listy od mieszkańców. "Jako patriota łotewski nie popieram wprawdzie ich wyboru, ale szanuję, że nie bali się podjąć męskiej decyzji", "Skandal! Jak to możliwe, że absolwenci naszej szkoły stali się dysydentami?", "Dobrze zrobili, że pojechali do Donbasu, by walczyć za swoich".

Zanim pojadę do Ludzy, próbuję zrozumieć, kto na Łotwie jest swój, a kto obcy.

Kto cierpiał najbardziej?

Sklep spożywczy w Rydze. Młody kasjer pyta mnie po łotewsku.

Ja (po angielsku): - Mogę po rosyjsku albo angielsku.

Klient za mną (po rosyjsku): - Mów po rosyjsku, on wszystko rozumie!

Kasjer (bardzo łamanym rosyjskim): - Właśnie, że łatwiej mi po angielsku, bo osiem lat pracowałem w Szkocji.

Klient: - Co ty gadasz, mieszkasz w Rydze i niby nie rozumiesz rosyjskiego?

Ja: - Młody jest, może nie znać.

Klient: - Ja po łotewsku nigdy nie mówię, choć umiem. I żadnych problemów nie mam. Jeśli jakiś polityk mówi, że tu dyskryminują Rosjan - to pierd...li. Choć w sumie w połowie jestem Łotyszem.

Ponoć na Łotwie było najwięcej - ze wszystkich republik radzieckich - małżeństw mieszanych. Dlatego mieszkańcy mówią o sobie: "Jestem Łotyszką, choć dziadek nie znał łotewskiego", albo: "Kiedyś byłam Polką po mamie, ale teraz jestem raczej Łotyszką", "Licho wie, kim jestem. Na pewno jestem rosyjskojęzyczna". W statystykach wygląda to równie skomplikowanie. Na Łotwie mieszkają prawie 2 miliony ludzi. 62 procent to Łotysze, a 27 - Rosjanie. Połowa Rosjan to bezpaństwowcy. Bo Łotwa po odzyskaniu niepodległości powiedziała jasno, jakiego obywatela chce mieć: takiego, którego przodkowie urodzili się tu przed 1940 rokiem, czyli przed okupacją radziecką, albo który zdał egzamin ze znajomości języka łotewskiego, historii i konstytucji. Część Rosjan ma obywatelstwo rosyjskie, ale nikt nie wie, ilu. Na Łotwie są miejscowości, w których języka łotewskiego po prostu nie da się usłyszeć.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej