"Ktoś mieszka w Norwegii i może to potwierdzić? Jak nie lubię sąsiadki, to dzwonię, że uderzyła dziecko, wpada gestapo, odbiera jej dziecko, nie pytając nawet, co i jak?".

"Tutaj ojciec nawet nie może pocałować ani przytulić dziecka, bo pedofil... Chory kraj".

"Nas ściągnięto z pracy, a dzieci już nie zobaczyliśmy. Walczymy w sądzie"

"Często zabierają dzieci tam, gdzie wystarczy rozmowa z rodzicami. Ale nie: najpierw zabrać, wywieźć 1800 km na północ, a potem przez 3-5 tygodni wyjaśniać sprawę".

Na forach internetowych Polacy ostrzegają się przed Barnevernet - owianym złą sławą norweskim urzędem ochrony dzieci. Parę lat temu ówczesna polska konsul Adrianna Warchoł porównała go do Hitlerjugend. Komentowała sprawę odebranej polskim rodzicom 9-letniej Nikoli. Detektyw Krzysztof Rutkowski wykradł ją rodzinie zastępczej w Norwegii i wywiózł do rodziców w Polsce. Po tym komentarzu Warchoł straciła stanowisko.
Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej